Fabuła flirtuje z kiczem. "Stalingrad" Bondarczuka w HBO

Kadr z planu filmu "Stalingrad"
Stalingrad Bondarczuk 2013Media
28 listopada 2014

„Stalingrad” to film technologicznie nowoczesny, fabularnie – anachroniczny. Fiodor Bondarczuk chciał złapać zbyt wiele srok za ogon

Na pierwszy rosyjski film zrealizowany w tak zaawansowanej technice 3D nie szczędzono grosza. Produkcja „Stalingradu” Fiodora Bondarczuka pochłonęła co najmniej 30 mln euro i w założeniu miała być wizualnym fajerwerkiem, który na każdym kroku chce oszołomić widza. Pełno tu eksplozji, pożarów, kanonad, rozrywanych na strzępy ciał. Oblężony Stalingrad w 1942 roku na naszych oczach zmienia się w skąpane w pożodze piekło, krwawe miasto śmierci. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że Bondarczuk usiłował złapać zbyt wiele srok za ogon: miał ambicję stworzyć dzieło technologicznie nowoczesne, ale i do pewnego stopnia korespondujące z tradycją radzieckiego kina wojennego, chciał krzepić serca Rosjan, a jednocześnie przypodobać się widzowi amerykańskiemu, „Stalingrad” ma bowiem mocne ambicje oscarowe. Porywając się na tak wiele, reżyser musiał ponieść klęskę. O ile „Stalingrad” w wersji 2013 imponuje wizualnym rozmachem, w warstwie fabularnej okazuje się miałki, płaski i – o zgrozo – jednowymiarowy. Bondarczuk zbyt łatwo flirtuje z kiczem, zbyt często przejawia skłonności propagandowe.

Pozostało 64% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381439mega.png
381484mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.