Nawet usuwając warstwę lukru, którą część mediów pieczołowicie pokryła wizytę Donalda Trumpa na szczycie Inicjatywy Trójmorza w Warszawie, trudno odmówić polskim władzom sukcesu. Wyśmiewany przez opozycję pomysł zdołał zgromadzić 10 z 12 państw należących do Inicjatywy. Czesi przysłali szefa parlamentu, a Austriacy byli reprezentowani zaledwie w randze ambasadora.



Inicjatorzy zrobili wiele, by unieważnić pojawiające się opinie, że Trójmorze jest budowane w kontrze do UE. Aby podkreślić unijność projektu, od początku zadecydowano, że biorą w nim udział wyłącznie państwa należące do Wspólnoty, co wzbudziło pewne – nieuzasadnione – obiekcje, zwłaszcza na Ukrainie. By odżegnać się od wizerunku klubu państw postkomunistycznych, doproszono Austrię (choć – jak widać – bez entuzjazmu Wiednia).
Poza Polską szczyt wzbudził jednak umiarkowane zainteresowanie w państwach regionu (poza Chorwacją, która jest przedstawiana jako współinicjator pomysłu). Publicysta dziennika „Vječerni list” Borislav Ristić zauważył, że poparcie wyrażone przez Trumpa dla integracji Trójmorza wynika wprost z interesów amerykańskich. Waszyngton, który chce stawiać na sprzedaż gazu (choć wcześniej powinien zbudować nowe terminale eksportowe), nie mógł nie dostrzec prób energetycznego zintegrowania państw łącznie zamieszkanych przez 111 mln ludzi. I właśnie w podobnych inicjatywach integracyjno-gospodarczych należy upatrywać szansy dla Trójmorza.