Marcin P. odmówił odpowiedzi na trzy pierwsze pytania zadane podczas środowego przesłuchania przez komisję śledczą ds. Amber Gold, w tym m.in. na pytanie o to, kiedy zdecydował się na stworzenie Amber Gold i skąd pochodziły środki na założenie tej działalności.

Joanna Kopcińska (PiS) pytała świadka, kiedy zdecydował się na stworzenie Amber Gold. Marcin P. odmówił odpowiedzi na to pytanie - jak tłumaczył - z uwagi na toczące się postępowanie karne. Świadek nie chciał też odpowiedzieć na pytanie, skąd miał pomysł na stworzenie Amber Gold.

Marcin P. nie odpowiedział również na pytanie, jakie środki były potrzebne na rozpoczęcie działalności Amber Gold i skąd pochodziły te środki.

Pytany, jak wyglądała bieżąca działalność Amber Gold, Marcin P. powiedział, że działalność spółki była "zorganizowana, bardzo przejrzysta, jasna i klarowna".

Reklama

"Politycy sami szukali kontaktu ze mną"

Politycy sami szukali kontaktu ze mną, w tym prezydent miasta Gdańska i członkowie Prezydium Miasta Gdańska - zeznał w środę Marcin P. przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold. Jak przekonywał, sam chciał "odcinać się" od polityków.

Reklama

Przewodnicząca komisji ds. Amber Gold Małgorzata Wassermann (PiS) pytała Marcina P., czy w zakresie swojej działalności i bieżącego funkcjonowania jego firma kontaktował się z politykami na Pomorzu.

"Nie zostawałem na Pomorzu w kontakcie z żadnymi politykami. Politycy sami szukali ze mną kontaktu, ja raczej próbowałem się zawsze od polityków odcinać" - odpowiedział Marcin P.

Dopytywany, którzy politycy szukali z nim kontaktu stwierdził: "Na pewno prezydent miasta Gdańska poprzez port lotniczy w Gdańsku".

"Ja do końca nie pamiętam np. sytuacji ze sponsorowaniem filmu +Wałęsa+, bo mnie w tym czasie w biurze nie było, ale z relacji moich pracowników, o ile dobrze pamiętam pani Martyny Piwońskiej, to sam pan prezydent miasta Gdańska dostarczył mi propozycję i chciał ze mną rozmawiać na temat sponsorowania filmu o Wałęsie" - podkreślił.

"Chęć znalezienia kontaktu ze strony polityków różnych opcji zawsze był, chyba najczęstszy był jednak z członkami Prezydium Miasta Gdańska z tego względu, że spółka miała siedzibę na terenie Gdańska" - dodał Marcin P.

Marcin P. był też pytany przez szefową komisji śledczej Małgorzatę Wassermann (PiS) zapytany, czy w areszcie śledczym w Gdańsku ma komputer wraz z wi-fi. Marcin P. zeznał, że sam nie ma komputera, natomiast ma udostępniany przez areszt śledczy komputer do zapoznawania się z aktami. Komputer - według niego - nie ma dostępu do wi-fi.

"Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam"

"Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam panie pośle (...) kompletnie nic" - tak świadek skomentował słowa Witolda Zembaczyńskiego (Nowoczesna), że podczas środowego przesłuchania ma niepowtarzalną okazję do tego, by "zwrócić coś Polakom". Kategorycznie zaprzeczył też, że Amber Gold była piramidą finansową.

Zeznający przed komisją śledczą były szef Amber Gold odmawia odpowiedzi na znaczną część pytań, powołując się na toczące się przeciw niemu postępowanie karne. Odmówił m.in. na pytanie o kontakty z politykami. Odmówił także odpowiedzi, jacy "profesorowie mu doradzali".

"Skąd miał pan know-how na tę piramidę" - zapytał Zembaczyński.

"Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, proszę nie nazywać tego piramidą finansową" - odpowiedział Marcin P. "Było to przedsiębiorstwo, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, nie była to piramida finansowa, żaden wyrok prawomocny w tej sprawie nie zapadł" - dodał. Podkreślił zarazem, że "w systemie polskim nie istnieje coś takiego jak piramida finansowa".

Odmówił odpowiedzi, z czego się utrzymywał w latach 2008-09, czym dokładnie zajmowała się jego żona i z czego się utrzymywała. Odmówił również odpowiedzi o aktualny majątek.

Przyznał, że być może miał w okresie uruchamiana Amber Gold zablokowane konta przez komornika. Powiedział też, że rozdrabnianie spółek, związanych z Grupą Amber Gold, "tworzenie tzw. spółek holdingowych", wynikało z jego wiedzy.

"To było rozwijane przez bardzo długi okres czasu, zanim doszło do takiej ilości spółek, jaka była, na początku to były dwie spółki, potem pojawiła się trzecia, czwarta, piąta i tak doszliśmy do dziewięciu, jeśli dobrze pamiętam" - powiedział P.

Pytany przez Zembaczyńskiego, czy chciał uciec do Argentyny, przekonywał, że nigdy nie chciał i nie próbował nigdzie uciec.

Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r.

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała Marcina P. czy ma wiedzę na temat tego, że jego zatrzymanie było przez kogoś celowo opóźniane.

"W dniu 16 sierpnia 2012 r. do spółki Amber Gold weszło ABW zabezpieczyć dokumenty, złoto, materiały elektroniczne. Trwało to zabezpieczanie około trzech dni łącznie. W szczególności bardzo długo trwało kopiowanie tych dysków serwera, gdyż nie potrafiono tego zrobić, albo inaczej, nie chciano tego zrobić tak jak powinno się zrobić. Bo ja tak to odbieram, że to było celowe działanie" - powiedział Marcin P.

"Pan Dariusz Listowicz wręczył mi zawiadomienie na przesłuchanie na 17 lub 18 sierpnia 2012 r. z informacją taką, że mam się nie obawiać, bo w tym dniu nie będę aresztowany. Informację o aresztowaniu przyniósł mi do domu funkcjonariusz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pan Mikołajczyk, o ile dobrze pamiętam, z Gdańska, na tydzień przed moim aresztowaniem albo na półtora tygodnia przed moim aresztowaniem z informacją taką, że mam się przygotować, że pójdę siedzieć" - mówił świadek.

Wassermann dopytywała, czy ma wiedzę, że ten moment był przez kogoś celowo przyśpieszany lub opóźniany. "Z rozmów, które prowadziłem - jak siedzieliśmy do godziny chyba drugiej w nocy wtedy z funkcjonariuszami ABW - to było takie stwierdzenie, że nic mi teraz jeszcze nie zrobią, bo jeszcze nie mają takich dowodów, by mogli złożyć wniosek o areszt, I że do chwili obecnej je dopiero zbierają" - odpowiedział Marcin P.

Jak mówił, takie sformułowanie padło, od funkcjonariuszy ABW. "Nie wiem ilu tych funkcjonariuszy było, ale było ich dość sporo" - stwierdził. "Siedzieli u mnie w gabinecie przy stole. I wszyscy siedzieli i żartowali" - dodał.

"Ja powiem tak: ja mogę powiedzieć, że ani funkcjonariusze ABW, ani prokuratura, oprócz ostatniej fazy postępowania karnego przed złożeniem aktu oskarżenia nigdy w stosunku do mnie nie zachowywała się w jakiś sposób nieprzyjemny - nie wiem jak to określić - nie naciskała na mnie" - powiedział Marcin P.

Według niego, zabezpieczanie odbywało się tak, że mógł wyznaczyć pracownika, a sam pójść gdzie indziej, nie musiał przy niczym uczestniczyć.

"Wszystko było tak robione, w cudzysłowie: "po ludzku, humanitarnie", i dopiero po przeniesieniu sprawy do Łodzi, ta atmosfera zaczęła się zmieniać. I no, w zasadzie, nie wiem jak to określić, bo nie chciałbym wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, ale ja odnosiłem wrażenie, że nikomu nie zależy na prowadzeniu tej sprawy" - powiedział Marcin P.

W pewnym momencie dostałem sms-a z numeru, który później nie był aktywny: "Uciekaj, 16 będzie u ciebie ABW" - zeznał były szef Amber Gold Marcin P. w środę przed komisją śledczą.

Marcin P. kolejny raz odniósł się też do Emila Marata. "Ja bym mógł domyślać się w chwili obecnej, że pan Emil Marat także informacje o planie śledztwa mógł przekazać panu Sylwestrowi Latkowskiemu, ale to są moje domysły, ja na to nie mam żadnych dowodów" - powiedział P.

Część pytań szefowej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS) dotyczyło przecieków i informacji, jakie świadek miał na temat śledztwa w jego sprawie i działań ABW.

Zdaniem świadka informacje o planie śledztwa "musiały pochodzić z wysokiego szczebla", raczej z Warszawy niż z Gdańska.

P. zeznał, że informacje, "jak wyprzedzić medialnie, to co chce zrobić ABW" i "żeby to co oni mówili, nie miało już znaczenia medialnie", przekazywał mu natomiast Emil Marat.

"Pan Paweł Kunachowicz uczestniczył we wszystkich moich spotkaniach z Emilem Maratem, mówię Emil Marat, mając na myśli ich dwóch" - dodał Marcin P.

Wassermann pytała, kto weryfikował domniemaną notatkę, dostarczona przez dziennikarza Pawła Mitera. "W tej kwestii zaoferował się, że jest w stanie to zweryfikować, oprócz pana Emila Marata, który zaproponował wprost, że można wykorzystać kontakty Pawła Kunachowicza w tej kwestii, jeszcze mój pracownik, dyrektor departamentu bezpieczeństwa pan Krzysztof Kuśmierczyk" - powiedział.

To on weryfikował, mówił Marcin P., "czy notatka, którą przedstawił pan Paweł Miter jest prawdziwa". Jego informator stwierdził, że jest prawdziwa. "Dziś w mojej ocenie jest to wymysł pana Pawła Mitera" - powiedział. Zebrane w tej sprawie materiały świadczą dziś jednak o tym, że "pan Paweł Miter chciał wykorzystać okazję, żeby dobrze zarobić i po prostu sfabrykował notatkę".

Dopytywany skąd jeszcze miał informacje, jakie służby się nim interesują, powiedział: "Jeszcze miałem informacje od dziennikarzy +Gazety Polskiej Codziennie+, która była związana z Miterem". "Pan Miter nakreślił nam nawet spotkania z dziennikarzami GPC" - dodał.

"Był też jeden sms konkretny z numeru, który później nie był aktywny, treści mniej więcej takiej: uciekaj, 16 będzie u ciebie ABW" - zeznał. (chodzi o 16 sierpnia 2012 - PAP)

Z kolei - według zeznań - po tym jak Marcin P. rozstał się z Emilem Maratem i Pawłem Kunachowiczem, Marat wysłał Marcinowi P. sms-a, że "gratuluje mu i przeprasza". "Jaki miał cel, wysyłając mi tego sms-a? Nie wiem, ja do współpracy z nimi już nie powróciłem" - powiedział świadek.

Zeznał też, że były przygotowania do połączenia OLT Express Regional i OLT Express Poland, a prezesem miał być Andrzej Dąbrowski. "W tym zakresie zamawialiśmy opinię dotyczącą połączenia tych dwóch spółek od PwC, dwie opinie były sformułowane, które potwierdzały cele, jakie stawialiśmy dla OLT" - powiedział P.

Marcin P. był pytany o listę nazwisk polityków, którą rozsyłał Emil Marat, a którzy mieli lokować środki w Amber Gold.

"W chwili obecnej nie jestem w stanie (powiedzieć), bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz, na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS" - powiedział Marcin P. Jak dodał, w bazie były wszystkie opcje polityczne na szczeblach: centralnym i wojewódzkim. "Wszystkie partie polityczne były, po prostu Ewa Kopacz i Paweł Adamowicz, to są takie nazwiska, które medialnie często występują, dlatego je wymieniłem" - wyjaśnił.

Jak mówił, to były imiona i nazwiska osób, których wyszukiwał system danych Amber Gold. "Żadna z osób, która była na tej liście, nie potwierdziła dziennikarzom, że jest osobą, która lokowała środki (w Amber Gold). Nie umiem powiedzieć, czy to była zbieżność nazwisk, czy nie. Według mojej wiedzy na dzień dzisiejszy, mogła to być zbieżność nazwisk. Nazwisko Ewa Kopacz, czy Paweł Adamowicz występuje wielokrotnie" - powiedział świadek.

"Wszyscy się wyparli i powiedzieli, że nie lokowali (środków w Amber Gold)" - powiedział Marcin P.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz napisał w środę po południu na Twitterze: "Kłamstw Marcina P. ciąg dalszy. Nigdy nie lokowałem środków w Amber Gold. Co jeszcze usłyszymy od człowieka, który oszukał tysiące osób".

Wszyscy dyrektorzy odpowiedzialni za funkcjonowanie departamentów spółki Amber Gold powinni zasiąść na ławie oskarżonych - przekonywał Marcin P. w środę przed komisją śledczą ds. Amber Gold. Wśród tych osób wymienił m.in. Joannę Traczyk, Małgorzatę Kim Kaczmarek i Annę Łaszkiewicz.

Posłanka PiS Joanna Kopcińska przytoczyła wcześniejsze zeznania Marcina P., w których powiedział, że tylko on "jest za to bity" i zapytała, czy byłby w stanie rozszerzyć swoją wypowiedź.

"To był użyty kolokwializm z mojej strony i tak jak już odpowiadałem na pytanie pani przewodniczącej, wszyscy pracownicy, którzy nie zwolnili się sami ze spółki Amber Gold, niektórzy pracownicy także z OLT Express, którzy wiedzieli, jak funkcjonuje spółka Amber Gold oraz OLT Express, powinni zasiąść na ławie oskarżonych" - mówił Marcin P.

Dopytywany, czy jest w stanie wymienić z imienia i nazwiska te osoby odpowiedział: "Po pierwsze wszyscy dyrektorzy odpowiedzialni za funkcjonowanie spółki Amber Gold, za departamenty w tej spółce".

"Pani Joanna Traczyk, pani Małgorzata Kim Kaczmarek, produktowe działy, dział marketingu pani (Anna) Łaszkiewicz, biuro jakości (...) wszyscy dyrektorzy, wysoko postawieni, biuro audytu, które audytowało na bieżąco działalność spółki, weryfikowało, czy pracownicy są zapoznawani z funkcjonującymi w spółce regulacjami i aktami normatywnymi - przecież to było wszystko potwierdzane, weryfikowane i na to są dokumenty, które to potwierdzają" - powiedział.

"Dla mnie uproszczenie sobie sytuacji do pana Marcina P. i Katarzyny P. i uznawanie, że pani Katarzyna P. na podstawie tego, że przychodziła o 8 rano do pracy, jest winna oszustwa na znaczną skalę, jest trochę śmieszne" - dodał.

Marcin P. ocenił, że bez kompleksowej analizy dokumentacji spółki Amber Gold nie ma możliwości stwierdzenia, czy doszło do oszustwa.

Dopytywany o osoby, które pracowały w dziale audytu, wymienił m.in. Adama Lewickiego, Katarzynę Bonarską.

"Mogę mylić nazwiska i stanowiska pracowników, ale pani Katarzyna Bonarska odpowiedzialna za dział sieci sprzedaży, czyli audytowała wszystkich pracowników, którzy mieli bezpośredni kontakt z klientami, m.in. pod względem znajomości procedur, obsługi systemów, przekazywania informacji, wiedzy tych pracowników" - podkreślił.