Przykładem bylejakości był ujawniony przez „Dziennik” przypadek prowadzonej przez WSI w Afganistanie operacji Zen, w której głównym bohaterem był znany na warszawskich salonach szpieg celebryta. Z dość szczegółowego opisu wydarzeń przedstawionego przez prasę, jak i z raportu Macierewicza jawił się obraz niczym z parodii serialu „07 zgłoś się”, gdzie osoba podkładająca głos pod porucznika Borewicza melduje przez tandetne CB radio wykonanie zadania słowami: „Halo. George Bush? Mam prawą rękę bin Ladena. Szykuj kasę”.
Macierewicz był jednym z pierwszych, którzy to dostrzegli i nie dali się nabrać na wyjątkowy charakter WSI. Przez lata ministrowie byli mamieni wizją supertajnej jednostki. Albo się jej bali, albo ją podziwiali. Macierewicz ją po prostu rozwiązał. Wziął też na siebie całą krytykę tych, którzy przekonywali, że w ten sposób obniżył bezpieczeństwo państwa. Choć z ujawnionych przez Wikileaks depesz amerykańskiego departamentu stanu wynikało coś zupełnie przeciwnego.
Ten – jak to ostatnio w radiu RMF określił prezes PiS Jarosław Kaczyński – „ekstrawagancki” polityk należy do bardzo wąskiego grona osób, które do kierowania resortami takimi jak MON są niemal stworzone. Dysponujące liczonym w dziesiątkach miliardów złotych budżetem na modernizację armii ministerstwo powinno mieć na swoim czele kogoś, kto jest w stanie oprzeć się korporacyjnej naturze MON. Kogoś, kto nie pozwoli otoczyć się generałami mówiącymi to, co chce usłyszeć minister (tak jak było za czasów Bogdana Klicha). W końcu kogoś, kto w czasach, gdy przez resort przelewają się miliardy złotych, oprze się pokusie łapówkarstwa. Kimś takim, po doświadczeniach z rozwiązaniem WSI, jawił się Macierewicz. Pozornie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.