„Ani listka nie rusz bracie, bo się będą gniewać na cię”. Gdyby miejsce w hierarchii gatunków mierzyć pożytkami, które inni osiągają dzięki danym organizmom, a nie np. ich zdolnością do niszczenia i podboju, drzewa byłyby bardzo wysoko, może najwyżej.

Może to one byłyby koroną stworzenia, a nie człowiek, który dzięki nim miał i ma najbardziej niezwykły, jaki można sobie wyobrazić, budulec, opał, żywność i źródło tysięcy substancji o wszelkich możliwych zastosowaniach, medycznych nie wyłączając. O walorach przyrodniczych i estetycznych drzew nie ma nawet co wspominać.

Jeśli zapytamy jakiegokolwiek turystę, co najbardziej podoba mu się w Warszawie, jako miasto bardzo okaleczonej przez historię, niemal każdy odpowie – zieleń: laski, parki, zadrzewione skwery i dziedzińce (czyli to, czego tak bardzo w wielu innych miejscach brakuje). Czasem nadgryzione przez rozpychających się deweloperów, sprzedane przez bezmyślnych urzędników, idiotycznie zreprywatyzowane lub zniszczone pod byle pretekstem, ale wciąż będące największą ozdobą stolicy i wielkim jej atutem. To właśnie przyjazna ludziom koncepcja miasta-ogrodu (a nie miasta-betonu i ugoru) – przyjęta i zrealizowana również przez ówczesne władze - oraz prosta przedwojenna architektura stanowią o urokach Żoliborza, czemu zapewne mieszkający w tej dzielnicy prezes PiS Jarosław Kaczyński nie będzie zaprzeczał.