Autopromocja

Wolne Miasto Londyn

Adam Łazowski profesor prawa UE na Uniwersytecie Westminsterskim w Londynie
Adam Łazowski profesor prawa UE na Uniwersytecie Westminsterskim w LondynieDziennik Gazeta Prawna
1 lipca 2016

Ostatni raz Zjednoczone Królestwo negocjowało umowę o wolnym handlu 45 lat temu. „Financial Times” oszacował, że w brytyjskiej administracji jest ok. 20 osób, które byłyby w stanie podołać takiemu zadaniu. A potrzeba 500 - mówi Adam Łazowski, profesor prawa UE na Uniwersytecie Westminsterskim w Londynie.

To absolutnie nierealne. Po pierwsze muszą być dochowane wszystkie unijne procedury, a to potrwa. Po drugie negocjowanie warunków rozwodu oraz przyszłych relacji ze swojej natury będzie bardzo czasochłonne. Im głębsza integracja państwa trzeciego z UE, tym bardziej złożona umowa i obowiązki. Spójrzmy na przykład na same załączniki do umowy stowarzyszeniowej Unii Europejskiej z Ukrainą w sprawie wolnego handlu, bo podejrzewam, że umowa ze Zjednoczonym Królestwem może mieć podobny kształt. Toż to prawie 2 tys. stron! W tych załącznikach jest wymienionych ok. 300 aktów unijnych, które Ukraina musi wdrożyć w ciągu najbliższych lat. Do tego jeszcze dochodzą obszary działalności UE, gdzie konkretne akty prawne nie są wprost wymienione, bo wiadomo, o jakie chodzi albo ich listy ustala się na późniejszym etapie. Same przepisy fitosanitarne, które Ukraina czy Gruzja będą wprowadzać, zawierają się w ok. 270 aktach unijnych. Kluczem do negocjacji ze Zjednoczonym Królestwem nie będą zatem wizje polityczne jej przywódców, lecz twarde realia. Zwłaszcza że UE stawia sprawę jasno – jeśli chcecie mieć dostęp do wspólnego rynku, to musicie respektować nasze przepisy. Politykom brytyjskim przydałoby się parę wizyt studyjnych na Ukrainie lub w Gruzji, żeby mogli się przekonać, do czego sprowadza się negocjowanie umowy stowarzyszeniowej. Nie ma żadnych szans, żeby sfinalizować ją w dwa lata.

Nie ma żadnego „jeśli”. Przecież trzeba będzie uregulować warunki rozwodu i spisać wszystko, co będzie obowiązywało dalej, a co nie. To gigantyczne przedsięwzięcie. Co więcej należy sobie uświadomić, że w momencie wystąpienia ze Unii prawo UE przestaje w Zjednoczonym Królestwie obowiązywać. W przypadku dyrektyw nie jest to duże utrudnienie, bo są one wdrażane do prawa krajowego, więc ustawodawstwo krajowe będzie obowiązywać dalej. Za to jeśli chodzi o rozporządzenia, to pojawia się olbrzymi problem, gdyż stosuje się je bezpośrednio. W podręcznikach przeczyta pani, że przepisy krajowe nie są do tego potrzebne. Ale to nie do końca prawda. Prawie w każdym państwie członkowskim potrzebne jest uchwalenie przepisów, które umożliwiają stosowanie rozporządzeń i je uzupełniają. Jeśli wszystkie rozporządzenia przestaną nagle obowiązywać, będziemy mieć potężne dziury w prawie. Zostaną tylko chaotyczne przepisy, które same w sobie są bez sensu, bo odnoszą się do czegoś, co już nie istnieje w porządku prawnym.

Dokładnie tak. Zauważmy, że rozporządzenia regulują tak kluczowe dziedziny jak transport, cła, produkcja żywności, finanse czy polityka rolna. Parlament będzie więc musiał od podstaw stworzyć na przykład kodeks celny! Na nowo trzeba będzie uchwalić mechanizmy ochrony rynku, takie jak cła antydumpingowe. Owszem, można sobie przekopiować unijny kodeks celny, ale on przecież też musi przejść całą ścieżkę legislacyjną, nie mówiąc już o tym, że musi zostać odpowiednio dostosowany. Dalej, od nowa trzeba będzie stworzyć krajową politykę rolną, skończą się też pokaźne dopłaty dla rolników. Paradoksalnie Walia, która głosowała za wystąpieniem z Unii, otrzymuje bardzo dużo dotacji unijnych na wyrównywanie różnic w poziomie rozwoju gospodarczego. Tam znajdują się bowiem obszary najbiedniejsze, które ucierpiały w wyniku upadku kopalni i przemysłu ciężkiego. Walijscy brexitowcy myślą teraz, że przecież te pieniądze dalej im się należą i na pewno się znajdą. Tymczasem po obniżeniu ratingu i wzroście kosztów zadłużenia budżet brytyjski może temu nie podołać. I ta świadomość dociera już do Borisa Johnsona i reszty podobnych mu wizjonerów.

Potrzebna będzie armia prawników, ale nikt jeszcze nie wie skąd ich wziąć. Brytyjska administracja publiczna przeszła ostatnio cięcia i zwyczajnie brakować będzie sił przerobowych. W ciągu następnych lat będą oni musieli przejrzeć cały system prawny Zjednoczonego Królestwa i sprawdzić, gdzie są rozporządzenia unijne, a następnie przygotować przepisy krajowe, które wejdą w ich miejsce. To samo trzeba będzie zrobić w Walii, Szkocji i Irlandii Północnej, bo część rozporządzeń podlega kompetencjom delegowanym, czyli lokalne władze ustawodawcze mają prawo wydawać do ich odpowiednie regulacje. Zwolennicy Brexitu myślą, że to wszystko się zrobi automatycznie i bezproblemowo. Nie byłbym tego taki pewien. Bo weźmy chociażby rozporządzenie o odszkodowaniach za opóźnienia i odwołania lotów. Od początku figuruje ono na czarnej liście linii lotniczych. Zaraz zacznie się lobbowanie, żeby w ogóle się tego rozporządzenia pozbyć.

Termin ten można przedłużyć, ale wymagana byłaby do tego zgoda Rady Europejskiej. Nie ma przy tym pewności, że będzie w tej kwestii jednomyślność, bo zawsze ktoś może się zbuntować. A wtedy dojdzie do przypadkowego, zupełnie niekontrolowanego i nieuregulowanego prawnie zerwania relacji Zjednoczonego Królestwa z UE. Co więcej Zjednoczone Królestwo straci też wszystkie umowy o wolnym handlu z państwami trzecimi, bo ich stroną jest cała Unia. Trzeba więc będzie je od nowa negocjować, pytanie tylko kiedy? Formalnie do momentu wystąpienia z UE Zjednoczone Królestwo jest objęte wspólną polityką handlową i nie może tak po prostu zawierać samodzielnie umów z państwami trzecimi. Równie dobrze mogą one powiedzieć rządowi brytyjskiemu, że dopóki nie wystąpicie z Unii, nie będziemy marnować czasu i pieniędzy, bo co, jeśli zmienicie zdanie? Jest jeszcze jeden poważny problem: Londyn nie ma technicznych możliwości, aby przeprowadzić tak potężne przedsięwzięcie jak wyjście z UE. Ostatni raz rząd negocjował bowiem umowę o wolnym handlu prawie 45 lat temu. „Financial Times” oszacował, że w brytyjskiej administracji publicznej jest obecnie ok. 20 osób, które byłyby w stanie podołać takiemu zdaniu. Tymczasem do wynegocjowania nowej umowy potrzeba co najmniej 500.

I tak, i nie. Specjaliści zdają sobie z tego sprawę, natomiast w pewnych kręgach dominuje jednak postokolnialne myślenie, że cały świat padnie przed Zjednoczonym Królestwem na kolana i będzie chciał z nim negocjować. A przecież czasy się zmieniły. Dziś mamy potężne bloki gospodarcze, a nie imperia, zaś tradycyjne, XIX-wieczna idea suwerenności przeszła do lamusa. Jedynym suwerennym państwem w sensie, w jakim pojęcia tego używają brexitowcy, jest dziś Korea Północna. Obecnie wolny handel negocjuje się całymi blokami państw, a rząd, które chce to zrobić samodzielnie, już na wstępie stawia się na dosyć słabej pozycji. Nie wspominając o tym, że nie wiemy nawet, czy za 2-3 lata Zjednoczone Królestwo będzie jeszcze w ogóle istnieć.

Na pewno w tej chwili ma pełen mandat, by rozpisać nowe referendum. Nicola Sturgeon, szefowa Szkockiej Partii Narodowej, rozpoczęła już ofensywę dyplomatyczną w UE. Widać, że Szkoci nabrali wiatru w żagle, bo paradoksalnie zerwanie ze Zjednoczonym Królestwem i pozostanie w Unii może być dla nich ogromną szansą na przyciągnięcie do siebie przedsiębiorstw, które myślą o wycofaniu się z Anglii. Cała operacja będzie jednak trudna do przeprowadzenia.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.