Ekspert podatkowy ostrzega: nowy podatek najmocniej uderzy w polskie firmy [WYWIAD]

podatek, cena paliw, importerzy paliw
podatek, cena paliw, importerzy paliwAI - GP Chat / genAI
dzisiaj, 06:01
aktualizacja dzisiaj, 06:05

Ten podatek zapłacą wszyscy, ale najmocniej uderzy w polskie prywatne firmy, które przy najniższych w Europie marżach najmniej mogą go udźwignąć. W Niemczech pobór takiej daniny zablokował międzynarodowy trybunał. Tymczasem w Polsce realnym scenariuszem jest, że będziemy przez nią zamykać stacje benzynowe. Jedyną szansą, by to zatrzymać, jest weto Prezydenta – mówi Krzysztof Rutkowski, partner w kancelarii KDCP, radca prawny i doradca podatkowy, wielokrotnie nagradzany ekspert od akcyzy i opłaty paliwowej.

Kto zapłaci nowy podatek

Sławomir Biliński: Zacznijmy od Pana najmocniejszego zarzutu. Mówi Pan, że ustawa o podatku od nadzwyczajnych zysków ze zbycia paliw uderzy przede wszystkim w polskie prywatne firmy. Skąd taki wniosek?

Wystarczy prześledzić, na kogo realnie spadnie ciężar tej daniny. Podatek formalnie obejmuje producentów paliw i podmioty z koncesją na obrót z zagranicą, razem około 20–30 firm. Płacą go wszyscy objęci, ale skrajnie nierówno. Dominujący podmiot krajowy i zagraniczne koncerny obecne w Polsce są w stanie taki cios udźwignąć. Polski prywatny importer nie ma z czego go płacić, bo działa na jednych z najniższych w Europie marż i jest tylko ogniwem transmisji kosztów. To on oberwie najmocniej.

Do tego dochodzi arytmetyka. Według oceny skutków regulacji około 60 proc. wpływów z podatku a tym samym i obciążenia przypadnie na Orlen, czyli podmiot kontrolowany przez państwo. W jego przypadku państwo w dużej mierze opodatkowuje samo siebie, a pieniądze wracają do budżetu jako dywidenda większościowego akcjonariusza. Realnym, netto poszkodowanym jest polska prywatna firma, która żadnego takiego wentyla nie ma.

Podatek nie rozróżnia modeli biznesu. Najmocniej uderza w tych, którzy najmniej mogą go udźwignąć – w polskich prywatnych importerów.

Nadzwyczajna konstrukcja podatku

Ustawodawca mówi o „nadzwyczajnych zyskach”. Tymczasem Pana zdaniem to skala obciążenia rzeczywiście jest nadzwyczajna?

Nadzwyczajna jest przede wszystkim konstrukcja. Podatek liczony jest nie od zysku, tylko od nadwyżki przychodów ponad sztywno wyliczoną marżę referencyjną. To zasadnicza różnica. Wyobraźmy sobie, że w połowie roku dostajemy z urzędu skarbowego domiar liczony od przychodów – nie od tego, co firmie realnie zostało po odliczeniu wszystkich kosztów działalności, tylko od obrotu. Która firma podnosi się po czymś takim?

Stawka to 60 proc., a ponieważ danina nie jest kosztem uzyskania przychodu w CIT, realne obciążenie nadwyżki sięga u części podatników około 79 proc. W pierwotnej wersji, przy stawce 75 proc., łączne obciążenie dochodziło do około 94 proc. To już nie jest podatek, to jest konfiskata. To tak, jakby w połowie roku dostać domiar liczony od przychodów. Która firma się po tym podniesie? A duzi, zintegrowani gracze taki cios są w stanie zaabsorbować. Mały importer nie ma z czego.

Jak polska danina wypada na tle rozwiązań w innych krajach?

Zacznijmy od kontekstu, bo bywa mylący. Podatki, do których zwykle się to porównuje – unijne rozporządzenie 2022/1854 ze stawką co najmniej 33 proc. liczoną od dochodu czy włoskie 25 proc. – wiązały się z kryzysem energetycznym z 2022 roku. Teraz jest zupełnie inna sytuacja. Przy obecnym kryzysie, wokół cieśniny Ormuz, windfall tax w Unii wprowadziła w zasadzie tylko Rumunia. I co istotne, objęła nim wyłącznie wydobycie i przetwórstwo ropy, czyli tę część rynku, w której nadzwyczajne zyski faktycznie mogą powstać. Inne państwa UE po negatywnych doświadczeniach z podatkiem od zysków firm energetycznych, np. w Niemczech, wyciągnęły właściwe wnioski.

Polska jest w Europie jedynym krajem, który taki podatek nakłada na importerów paliw. Nasza konstrukcja jest zresztą wyjątkowa z trzech powodów naraz: liczy podatek od marży i przychodu, a nie od dochodu; obejmuje najszerszy krąg podmiotów; i działa wstecz. A po doliczeniu CIT, którego danina nie pomniejsza, realne obciążenie nadwyżki dochodzi u nas do około 79 proc.

Powołuje się Pan na przykład Niemiec. Co się tam dokładnie wydarzyło?

W Niemczech wprowadzono analogiczną daninę, tzw. składkę solidarnościową od sektora energetycznego. I szybko okazało się, jakie to rodzi ryzyko. Międzynarodowy trybunał arbitrażowy przy ICSID w sprawie Klesch Group i Raffinerie Heide przeciwko Republice Federalnej Niemiec środkiem tymczasowym nakazał państwu wstrzymać pobór 47,2 mln euro do czasu rozstrzygnięcia sporu. Postępowanie co do meritum wciąż się toczy, analogiczny spór dotyczy Danii.

To twarda lekcja dla Polski. Obecni na naszym rynku operatorzy kontrolowani przez podmioty spoza Unii mogą sięgnąć po tę samą ochronę traktatową. W efekcie państwo ściągnie daninę od polskich prywatnych firm, a jednocześnie ryzykuje przegranie kosztownego arbitrażu z podmiotami zagranicznymi. Rachunek, z odsetkami, zapłaci Skarb Państwa, czyli my wszyscy.

Kryzys na rynku paliw

Mówi Pan o zamykaniu stacji i o kryzysie na rynku paliw. To nie jest przesada na potrzeby debaty?

Niestety nie. Problemy z płynnością wywołane podatkiem mogą wymusić ograniczenie działalności importowej i hurtowej oraz zamknięcie stacji. W grę wchodzi nawet 750–800 stacji najbardziej obciążonych firm. To wprost uderza w dostępność paliw dla konsumentów, ale i w zatrudnienie. Ale głębszy mechanizm jest poważniejszy: jeśli z kont firm zniknie naraz taka gotówka, zabraknie kapitału obrotowego na zakup kolejnych partii paliwa, a także na inne bieżące wydatki, których takie firmy mają wiele, choćby pensje czy wynagrodzenia lokalnych kooperantów.

I tu pojawia się paradoks. Baliśmy się kryzysu wywołanego wojną i groźbą blokady Ormuz, gdy ceny ropy Brent skoczyły z około 65 dolarów za baryłkę w styczniu do 126 dolarów w marcu. A teraz podobny kryzys, tyle że po stronie podaży, możemy wywołać sobie sami, na własnym rynku, własną ustawą. Kto za to zapłaci? Konsumenci i przewoźnicy, trudnościami w tankowaniu i wyższymi cenami na stacjach.

Resort finansów przekonuje jednak, że chodzi o oddanie nadzwyczajnych zysków. Importerzy naprawdę na tym kryzysie nie zarobili?

Hurtowa marża paliwowa w Polsce należy do najniższych w Europie. Importer kupuje drożej za granicą, gdzie cena nabycia jest powiązana z notowaniami na światowych giełdach, a te mocno wzrosły w marcu 2026 roku, i sprzedaje po cenie rynkowej w kraju. Jeśli w ogóle osiąga zysk, to głównie dzięki własnej sprawności operacyjnej i logistycznej oraz niskim kosztom pośrednim. Na wzroście marż rafineryjnych zarabia ten, kto paliwo produkuje, a nie ten, kto je sprowadza.

Jest jeszcze wewnętrzna sprzeczność samej polityki państwa. Pakiet „Ceny Paliwa Niżej” wprowadził ceny maksymalne i ograniczył marże detaliczne, u części firm wywołując wręcz straty na niektórych segmentach działalności. A teraz na tę samą działalność nakłada się podatek od „nadzwyczajnego zysku”. Państwo chce zabrać importerom praktycznie cały zysk wypracowany dzięki ich operatywności, czyli ukarać ich za skuteczność. To, że importer zapłaci ten podatek, nie znaczy, że osiągnął nadzwyczajny zysk. Znaczy tylko, że jego wynik w tym roku był lepszy niż w zeszłym. I za to jest karany.

Problemy prawne z ustawą

Powiedział Pan wcześniej, że nie chce wchodzić w prawnicze detale. Ale bez nich się nie obędzie – na czym polega problem konstytucyjny?

Na abecadle. Prawo nie działa wstecz, lex retro non agit. Ustawa ma wejść w życie 1 sierpnia, a obejmuje opodatkowaniem okres od 1 marca, czyli pięć miesięcy, które już się zamknęły. To nie jest subtelność interpretacyjna. Krajowa Rada Doradców Podatkowych, w ślad za orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, mówi wprost o retroaktywności właściwej, a nie o dopuszczalnej retrospektywności. Na działanie prawa wstecz zwróciło uwagę nawet Biuro Legislacyjne Sejmu.

Do tego dochodzi proporcjonalność i ochrona własności przy obciążeniu przekraczającym 70 proc. nadwyżki. Przed Trybunałem Sprawiedliwości UE toczą się już sprawy dotyczące analogicznych danin, irlandzka C-533/24 i belgijska C-358/24, a selektywne różnicowanie ciężaru rodzi pytanie o niedozwoloną pomoc publiczną na gruncie art. 107 traktatu o funkcjonowaniu UE. Każdy konstytucjonalista, który to czyta, łapie się za głowę. A tryb prac tylko to pogłębia: siedem dni konsultacji i uchwalenie w mniej więcej 48 godzin, bez rzetelnej oceny skutków i bez sensownego vacatio legis.

Senat wprowadził dwie poprawki. Nie łagodzą one tych wad?

To kosmetyka, nie naprawa. Limit ograniczający podatek „do wysokości dochodu” oznacza w praktyce, że można zabrać nawet całość dochodu podatnika, a dochód liczy się przed odliczeniem strat z lat ubiegłych. Pamiętajmy też, że te firmy i tak zapłacą osobno CIT. Bezpiecznik chroni wyłącznie podmioty czysto obrotowe i importowe, a nie wytwórcze. A to, że w ogóle trzeba go było wprowadzać, jest przyznaniem ustawodawcy, że podatek może w praktyce skonfiskować cały zysk objętych nim firm — wcześniej mógł zysk zdecydowanie przewyższać.

Jest jeszcze pułapka płynnościowa. Miesięczne zaliczki, płatne od sierpnia do listopada, liczy się bez uwzględnienia tego limitu. Zadziała on dopiero w rozliczeniu rocznym, do 30 kwietnia 2027 roku, i ewentualnym zwrocie nadpłaty. Nawet firmy, którym ustawa teoretycznie daje ochronę, przez wiele miesięcy poniosą realny cios w płynność.

Ekspert liczy na weto Prezydenta

Co dalej? Gdzie widzi Pan realną szansę na zatrzymanie tej ustawy?

Rozstrzygnięcie zapada nie w Sejmie, lecz na biurku Prezydenta. Ma 21 dni od przekazania ustawy: może ją podpisać, zawetować albo skierować do Trybunału Konstytucyjnego. I tu jest jedyna realna nadzieja, że Prezydent skorzysta ze swoich doradców i swojego zaplecza, by powstrzymać zagrożenie, zanim doraźna łata budżetowa wyrządzi trwałą szkodę rynkowi paliw.

Bo o to tu naprawdę chodzi. Przy deficycie budżetu na 2026 rok rzędu 271 mld zł widać, że danina ma przede wszystkim zrekompensować wcześniejsze obniżki VAT i akcyzy. Tylko że budżetowej dziury nie łata się podatkiem działającym wstecz, który uderza w polskie firmy i grozi arbitrażem z zagranicznymi. Warto pamiętać o arytmetyce: Sejm uchwalił ustawę 231 głosami, a do odrzucenia prezydenckiego weta potrzeba większości trzech piątych, której dziś w Sejmie nie widać. Jedynie weto Prezydenta może więc tę ustawę realnie zatrzymać.

Krzysztof Rutkowski – partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego KDCP, radca prawny i doradca podatkowy. Specjalizuje się w akcyzie, opłacie paliwowej oraz doradztwie branżowym i regulacyjnym; przewodniczący Grupy Akcyzowej Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan. Wielokrotnie wyróżniany jako najlepszy doradca podatkowy w kategorii akcyza w rankingach „Dziennika Gazety Prawnej” i „Rzeczpospolitej”.

Źródło: INFOR

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381499mega.png