Ludzie stają się teraz potwornie roszczeniowi. I to także ci, którzy jeszcze niedawno krzyczeli: „Niech się władza odczepi od nas i do niczego nie wtrąca!” – a teraz chcą, by rząd się nimi czule zajął. Trzeba spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy i wziąć to, co się wydarzyło, na klatę - mówi Cezary Kaźmierczak prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Czy kryzys potrwa lata i trzeba będzie się do nowej sytuacji przystosować, czy też to tylko chwilowe załamanie?
Bez względu na to, czy potrwa długo, czy krótko, ten krach udowodnił, że nasza gospodarka pozostaje analogowa, że wciąż jest zależna od tradycyjnych branż i osadzona w realiach technologicznych XX w. Proces cyfryzacji od lat jest w powijakach, a państwo nie ma w tym obszarze strategii rozwoju. W biznesie mamy do czynienia z gorączkowym wdrażaniem narzędzi do pracy zdalnej – i ta zmiana na zawsze odmieni sposób działania wielu branż. Już się okazuje się, że część firm nie potrzebuje biur, że może zredukować liczbę podróży służbowych, że pracownicy mogą efektywnie pracować z domów.
A czy w kryzysie poradziła sobie administracja?
Administracja centralna i samorządowa słabo sobie radziła z wykorzystaniem nowych technologii przed krachem, a teraz jest jeszcze gorzej. Nasze e-państwo jest niedorozwinięte – katalog spraw, które możemy załatwić przez internet, jest mocno ograniczony, a technologie archaiczne. Kolejny raz doświadczamy tego, jak ważny jest papierowy dokument, z odręcznym podpisem oraz pieczątką. Co chwilę słyszę, że jakiś urząd nie akceptuje podpisu cyfrowego, część z instytucji wymaga nawet osobistego stawiennictwa. Często pracownicy administracji z rozbrajającą szczerością mówią, że nie wiedzą, jak odebrać dokument elektroniczny, przeczytać go i coś z nim zrobić. Nawet jak już się uda, to prawie zawsze jest drukowany. Jestem przekonany, że po zakończeniu pandemii cała Polska będzie drukować i podpisywać dzisiejsze cyfrowe dokumenty – dla świętego spokoju.
Ale szkoły, przyzna pan, szybko się dostosowały do nauki zdalnej.
Nie dostosowały, tylko zostały zmuszone do przejścia na zdalną naukę. Bo ze świecą szukać placówki, która miała program e-nauczania. Do tego potrzebne są i narzędzia, i przygotowani nauczyciele. Cieszymy się, że szkoły wykorzystują internetowe komunikatory, tylko to nie są platformy do prowadzenia nauki – nie mają funkcji zadawania pracy domowej, prowadzenia egzaminów, robienia kartkówek czy kontrolowania postępów. Lubimy się chwalić zwinnością, więc odtrąbiliśmy sukces. Tak naprawdę to uczniowie, rodzice i nauczyciele zostali pozostawieni sami sobie. Realnie państwo nic nie zrobiło i przeniosło ciężar odpowiedzialności na innych. Dla mnie to kolejny dowód, że e-państwa nawet nie zaczęliśmy tworzyć. Mamy ludzi i gospodarkę, która świetnie działa tu i teraz, szybko organizujemy się podczas kryzysu, ale nie myślimy strategicznie.
Czy jakikolwiek kraj był przygotowany na taki krach?
Nie. Możemy tylko mówić, że jakieś państwa radzą sobie w kryzysie lepiej lub gorzej. W naszym przypadku nie widzę pomysłu na gospodarkę po kryzysie, na ratowanie najciężej dotkniętych branż i wzmacnianie kluczowych sektorów. Konferencje i obietnice miliardów nie pomogą – potrzebne jest szybkie i realne działanie. Gospodarki największych krajów unijnych będą po kryzysie mocniejsze, bo konkurenci osłabną. Proszę spojrzeć na Niemcy – tamtejsi przedsiębiorcy już korzystają z programów pomocowych, a my głównie nadal o nich czytamy. Firmy technologiczne z USA, Europy czy Azji są obecnie w wielu przypadkach wyceniane wyżej niż przed wybuchem kryzysu. Dlaczego? Bo w dużej mierze napędzają gospodarki i stanowią o sile ich eksportu. A my ich praktycznie nie mamy.
Nowe technologie pomogłyby lżej znosić kryzys?
Oczywiście, bo podnoszą efektywność i konkurencyjność. Tyle że do wdrażania i wykorzystania nowych technologii trzeba mieć strategię. Przy czym nie należy spodziewać się cudów w ciągu tygodnia, bo to działania, które wymagają zmiany organizacji wielu procesów biznesowych. W marcu nastąpiło masowe zainteresowanie narzędziami do pracy zdalnej – ale nie wynikało ono ze strategii cyfryzacji gospodarki, tylko z potrzeby chwili, bo nagle okazało się, że firmy są kompletnie nieprzygotowane, by komunikować się z pracownikami.
Państwo może pomóc biznesowi w cyfryzacji?
Ten proces powinien być napędzany decyzjami politycznymi: usługi cyfrowe świadczone przez państwo pchną biznes w tym samym kierunku. Teraz przedsiębiorcy nie mają ku temu motywacji, skoro najbezpieczniejszy jest nadal papierowy dokument z podpisem i pieczątką i skoro gros spraw nadal muszą załatwiać w urzędach. Cyfryzacja wbrew pozorom nie jest rewolucją. To małe kroki, które wymuszają na przedsiębiorstwach przełączanie się na komunikację cyfrową, wykorzystanie nowych technologii czy zmianę modelu pracy. Spójrzmy np. na usługi dostępu do lekarza – szczególnie pożądanej w okresie pandemii. Rozwiązaniem powinna być wideokonsultacja. Ale jakie narzędzia możemy wykorzystać? Czy popularne komunikatory zapewniają odpowiednio wysoki poziom bezpieczeństwa i prywatności? Czy nasza rozmowa z lekarzem nie zostanie zapisana na serwerach korporacji? Państwo nie potrafi odpowiedzieć na te pytania, bo zaczęło sobie je zadawać miesiąc temu. Jako gospodarka jesteśmy bardzo silni od strony produkcji i usług, ale bardzo słabi, jeśli chodzi o warstwę informatyczną czy know-how. Marzenie, że staniemy się europejską Doliną Krzemową, nie ma oparcia w rzeczywistości. Niezwykle interesujące jest to, że jeden z pierwszych sektorów dotkniętych w Polsce przez kryzys to branża informatyczna. Firmy deweloperskie, które skupiały po kilkudziesięciu, kilkuset czy kilka tysięcy programistów, testerów, architektów oprogramowania i specjalistów od jakości, pierwsze na masową skalę zaczęły zwolnienia.
Dlaczego?
Duzi klienci wstrzymali bądź wycofali zlecenia. Okazało się, że informatyka to jeden z pierwszych kosztów do redukcji – obok reklamy i rozwoju pracowników. To zwykle kosztowne inwestycje, a firmy są w niepewności. Na wszelki wypadek redukują koszty.
Informatyka była tylko dodatkiem do ciężarówki i traktora?
Obrazowe porównanie. Informatyka czy nowe technologie w percepcji wielu przedsiębiorców dają zwykle sporo korzyści biznesowi, ale najwyraźniej w tej sytuacji nie tak duże, żeby nie redukować inwestycji w ich rozwój. Tymczasem wykorzystanie nowych technologii to podstawa efektywnej oraz konkurencyjnej gospodarki – bez nich nadal będziemy walczyli o kontrakty tanią pracą naszych rąk, a nie szarymi komórkami.
W Wielkiej Brytanii duża część eksportu to usługi świadczone zdalnie. Ludzie siedzą przy komputerach i pracują dla zagranicznych podmiotów. A my?
Kryzys musi zmotywować nas do przygotowania strategii cyfrowego rozwoju. Można się spierać, czy to dobrze, że będzie coraz mniej fabryk, a coraz więcej gospodarki skupi się w nowych technologiach, ale proszę spojrzeć choćby na USA – rozwój tego kraju napędzany jest przez to, co wymyślą i wyprodukują specjaliści. Często się mówi, że mamy najzdolniejszych programistów na świecie. To miłe dla ucha, jest to też w sporej części prawda – tylko co z tego, skoro większość z nich swoje kariery skończy w software house’ach, gdzie będą odtwórczo wykonywać oprogramowania na zlecenie. Ich kreatywność zostanie zredukowana do zera. Tworzymy bardzo mało własnych rozwiązań, pracujemy na zlecenie wielkich korporacji jako podwykonawcy, wykonując czarną robotę.
Mamy udział w zyskach?
A czy pracownik budowlany uczestniczy w zyskach wielkiego dewelopera?
Kryzys uderzył w podstawę gospodarki, czyli w konsumpcję.
Wiele branż mocno się zachwiało, a za chwilę będą znikały. To pokazuje, jak mały kapitał wypracowaliśmy przez ostatnie 30 lat i że znaczna jego część została niewłaściwie alokowana. Konsumpcja przedsiębiorców była często ważniejsza niż inwestycje w przyszłość. Czołowe polskie marki, szczególnie w branży modowej, już w połowie marca mówiły, że bez pomocy państwa nie przetrwają. W połowie marca, po 2 tygodniach lockdownu! Nie krytykuję ich, tylko pokazuję kruchość podstaw naszej gospodarki. Jesteśmy nadal biedni i co gorsza nieinnowacyjni. Karmimy swoje ego sukcesikami, które bardziej nas rozleniwiają niż motywują do cięższej pracy. Narracja części mediów jest taka, że jesteśmy europejskim tygrysem, a Niemcy czy Francja powinny się nas coraz bardziej obawiać. Obecna sytuacja pokazuje, że jeśli jesteśmy tygrysem, to bezzębnym. Przez 30 lat nie wypracowaliśmy żadnej gałęzi eksportowej opartej na innowacjach, z którą polska gospodarka mogłaby się kojarzyć.
Nasze firmy mają realne szanse na konkurencję w globalnej gospodarce?
Jeśli zaczną działać strategicznie i konsekwentnie inwestować w badania i wykorzystanie nowych technologii, to mają szansę dołączyć do światowej elity. Dodatkowo powinny myśleć o ekspansji jako naturalnym elemencie rozwoju. Polski rynek zawsze będzie za mały, by stworzyć przedsiębiorstwa o bardzo silnych fundamentach. Często pytam rozmówców, czy znają globalne polskie marki. Pytam, choć wiem, co odpowiedzą – nie znają. Mamy model gospodarki osadzony w XX w., nadal uważamy, że sprytem będziemy wygrywali walkę konkurencyjną. Tymczasem kryzys pokazał, że nasza gospodarka jest bardzo podatna na lockdown. Ale falę bankructw i bezrobocia, która jest przed nami, łatwo będzie nam wytłumaczyć: u tych, którzy od nas kupowali, w szczególności w Unii Europejskiej, jest źle, więc i u nas jest kiepsko. Kryzys przyszedł od nich, my dostaliśmy przy okazji – przez nich. To nieprawda. U nas będzie źle, bo mamy bardzo tradycyjny model gospodarki. Ściągamy inwestycje niskimi kosztami pracy, a nie innowacyjnością czy systemem kształcenia.
Może w gospodarce będzie szybkie odbicie.
Nie wierzę w to, bo zbyt wiele firm po prostu nie przeżyje tego kryzysu. Miejsc pracy nie będzie, bo apetyt przedsiębiorców na inwestowanie, na zakładanie nowych biznesów będzie nieporównywalnie mniejszy. Po kryzysie duże firmy staną się jeszcze większe, bo mają kapitał i know-how, a lokalna konkurencja w dużej mierze zniknie. Kryzys trwa raptem kilka tygodni, a niektóre branże praktycznie już zniknęły: eventowa, turystyczna, modowa. Nawet firmy informatyczne są w tarapatach, a wydawało się, że będą żyły jak pączki w maśle. Nie ma chyba ani jednej dużej firmy informatycznej, która nie planuje zwolnień lub w najlepszym przypadku obniżek wynagrodzenia. Dlaczego? Bo nowych zleceń i kontraktów będzie w najbliższych miesiącach bardzo mało.
Wydawałoby się, że wszyscy się rzucą do tych firm po narzędzia, które pozwolą im przejść na działalność online.
Generalne podejście jest takie: tnijmy koszty, jak najszybciej. Zaś koszty informatyczne są spore. Obstawiałem, że w tej branży kryzys rozpocznie się od małych firm, a rozpoczął się jednak od dużych i to pośrednio uderzyło w firmy IT.
Te firmy nie mają produktów, które ktoś chciałby kupić? Czy może duży polski biznes stwierdził, że nie będzie inwestował np. w narzędzia do sprzedaży online?
Polski duży biznes w wielu przypadkach zastanawia się, czy przetrwa ten kryzys, i uznał, że cyfryzacja może poczekać, bo istotniejsze jest akumulowanie gotówki i że może działać tak, jak działał przez ostatnią dekadę. W efekcie światowa konkurencja znów nam ucieknie.
Władze zapowiedziały zalanie firm gotówką i kredytami.
Można dać wszystkim firmom pieniądze i powiedzieć – to wy najlepiej wiecie, jak je wykorzystać. Można też dawać tę gotówkę sektorowo, mówiąc – macie środki na określone inwestycje. To nie jest powrót do gospodarki centralnie sterowanej, to może być świadoma decyzja państwa wspierająca rozwój w określonych dziedzinach. Ale bez wizji i strategii tak się jednak nie stanie. Wpompowanie pieniędzy w gospodarkę będzie elementem naszego ulubionego pospolitego ruszenia. A po wszystkim znajdziemy się w punkcie wyjścia: naszą główną przewagą konkurencyjną będzie znów niski koszt pracy. Za mało inwestujemy w rozwój wiedzy, innowacji, eksport tego, co mamy w głowach. Za kilka bądź kilkanaście lat ustabilizuje się sytuacja na Ukrainie. Będziemy wówczas obserwować masowe przenoszenie firm kilkaset kilometrów dalej na wschód, bo tam koszty pracy będą pewnie niższe.
Pojawiły się głosy, że nastąpi odwrót zachodnich firm od lokowania produkcji w Azji i że zostanie ona przeniesiona do Europy Wschodniej.
Czyli znów wygramy niskim kosztem pracy? Chciałbym, żebyśmy uczestniczyli w procesie wymyślania i projektowania produktów. To, czy fabryka będzie stała w Polsce, czy Azji, jest wtórne. W Stanach Zjednoczonych, szczególnie w ostatnich latach, administracja rządowa też podnosi temat powrotu wielkich fabryk z Azji. I nawet jeden z największych producentów butów wrócił do USA z Malezji. Tyle że proces produkcji został przy okazji tak zautomatyzowany, że w tym zakładzie właściwie nie pracują już ludzie. Korzyścią z całego działania jest to, że technologie i proces automatyzacji zaprojektowały głównie amerykańskie firmy.
Będziemy mieli bezrobocie, może nawet dwucyfrowe. Na ile pracownicy i firmy są na to przygotowani?
Nikt nie jest dobrze przygotowany, bo skala kryzysu i jego wpływ na gospodarkę są wręcz abstrakcyjne. Znam przypadki firm, których właściciele obniżają wynagrodzenia, choć nie muszą, bo ten kryzys dotyka ich w minimalnym stopniu. To pokazuje, że kultura relacji między pracownikiem a pracodawcą musi wejść na wyższy poziom. Pracodawcy i właściciele firm powinni dziś myśleć, jak wesprzeć pracowników, a nie jak ich wykorzystać. Ciężar kryzysu nie powinien być przenoszony wyłącznie na pracowników. A nasz system pozwala w wielu sytuacjach zwolnić z pracy z dnia na dzień, bez odprawy, bez wypowiedzenia. W ubiegłym tygodniu rozmawiałem z szefem firmy z branży informatycznej, który zatrudnia kilkudziesięciu programistów. Usłyszałem, że znów może przebierać w ofertach, usłyszałem, że znów może zatrudniać, płacąc kilka tysięcy miesięcznie. Miesiąc wcześniej nie mógł znaleźć ludzi, oferując 2–3 razy więcej. Ciekawostką jest, że w sektorze IT, niezależnie od skali zwolnień, zostaniemy znów „zieloną wyspą”. Zwolnieni programiści, testerzy czy inżynierowie oprogramowania nie znajdą się w żadnych statystykach. Standardem zatrudnienia jest bowiem B2B.
Jak sytuację wysokiego bezrobocia zniesie młode pokolenie, które wcześniej takiego doświadczenia nie miało?
Obiektywnie jest ono gorzej wyposażone w umiejętności adaptacji do nowych sytuacji. Nie mieli doświadczeń, jak ludzie 40- czy 50-letni, pierwszy raz zobaczyli zamknięte sklepy czy puste półki. Szkoła nie przygotowuje do dorosłego życia, nie wyposaża w kompetencje społeczne. Nadal skupia się na ćwiczeniu pamięci. Mam wrażenie, że nasz system edukacji nie zmienił się od dziesiątków lat. Nie wpłynęły na niego zmiany społeczne, gospodarcze czy geopolityczne. Jest odporny na wszelkie zmiany.
Wasza firma poradzi sobie w kryzysie?
Będzie nam tak dobrze, jak dobrze będzie przedsiębiorcom w Polsce i krajach naszego regionu. Marzec był bardzo dobry pod względem sprzedaży, bo firmy nagle pokochały narzędzia do pracy zdalnej. To nie były świadomie i wcześniej zaplanowane zakupy, tylko odpowiedź na kryzys – a same narzędzia, nawet te najlepsze, nie przeniosą ich do cyfrowego świata w ciągu dni czy tygodni. Postanowiliśmy wzmocnić działkę edukacyjną – uruchamiamy darmowe kursy, jak zostać programistą, księgowym, grafikiem. Nie kształcimy ludzi po to, by zostali naszymi klientami, tylko po to, by pozostali na rynku pracy lub założyli własne firmy. Podobnie jak inne firmy wchodzimy trochę w rolę państwa, bo to ono powinno odgrywać wiodącą rolę w stymulowaniu gospodarki i rynku pracy. Na razie bardziej skupia się na komunikacji marketingowej niż realnych działaniach. Hasła o wpompowaniu w rynek 200 mld nie uratują gospodarki – tu jest potrzebny przede wszystkim dobry i konkretny plan na ratowanie poszczególnych sektorów dotkniętych pandemią. Ja tych planów nie znam.
Trudno być optymistą po tej rozmowie.
Jeszcze trudniej żyć w iluzji, jak silną i innowacyjną gospodarką jesteśmy. Ale paradoksalnie jestem optymistą, bo wierzę w pracowitość i kreatywność polskich przedsiębiorców. Ale bez odważnej strategii rozwoju, bez cyfryzacji gospodarki, bez gruntownej reformy systemu edukacji zawsze będziemy drugoligowym graczem.
Współpraca Anna Ochremiak