Jedna rzecz, której uczył Oksford, to jak przemawiać, nie mając zbyt dużo wiedzy.
Reklama
Magazyn. Okładka. 19 lipca 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Obaj kandydaci na premiera, którzy zostali na placu boju – Boris Johnson i Jeremy Hunt – to koledzy ze studiów, oczywiście na najbardziej elitarnej brytyjskiej uczelni, Uniwersytecie Oksfordzkim. Uczęszczali tam wszyscy powojenni premierzy, którzy zdobyli wyższe wykształcenie, z wyjątkiem jednego – Gordona Browna. Starym kumplem Johnsona i Hunta ze studiów jest także Michael Gove, do niedawna trzeci pretendent do przywództwa torysów. Ogólnie aż sześciu z siedmiu kandydatów, którzy ostali się po pierwszej rundzie, kończyło Oksford. Absolwentami tej uczelni są też inni prominentni zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – Jacob Rees-Mogg i Daniel Hannan. Poprzedni premier David Cameron, który co prawda nie chciał brexitu, ale nonszalancko postawił go na szali, żeby zapewnić sobie poparcie w Partii Konserwatywnej, również jest ich uniwersyteckim kolegą.
Niemal wszyscy dzisiejsi torysi z pierwszego planu należeli do uczelnianego klubu dyskusyjnego Oksford Union. „Był to rodzaj Izby Gmin dla nastolatków” – wspomina w „Financial Times” publicysta Simon Kuper, który przewinął się przez Oksford mniej więcej w czasie, kiedy studiowali tam Johnson i Hunt. To w tym elitarnym kółku przyszli posłowie i ministrowie zdobywali pierwsze szlify w debatach. Obowiązywał w nich szczególny styl. „Nie wygrywało się debat, nudząc słuchaczy szczegółami, ale za pomocą dowcipów i wycieczek osobistych” – pisze Kuper.
Wygląda na to, że styl ten dominuje dzisiaj w przestrzeni publicznej. Kiedy znany dziennikarz BBC Andrew Neil w trakcie ostatniego wywiadu z Borisem Johnsonem przejęzyczył się i powiedział „artykuł 5B” zamiast „paragraf 5B” układu handlowego (GATT), polityk, z miną osoby, która wiedzę na temat regulacji Światowej Organizacji Handlu wyssała z mlekiem matki, zaczął pouczać prowadzącego i radzić mu, by lepiej przygotowywał się do swoich programów. Ale kiedy chwilę potem Neil zapytał gościa, jak poradzi sobie z paragrafem 5C tego samego przepisu, ten oblał się rumieńcem jak 12-latek i przyznał rozbrajająco, że nie wie, co w nim jest. Swoją niewiedzę – alarmującą u człowieka, który uważa, że jest na tyle kompetentny, aby za trzy miesiące (ostateczny termin brexitu to 31 października) wywrócić swoją ojczyznę do góry nogami – próbował przykryć rytualną demagogią. To „sianie niepotrzebnego defetyzmu” – skwitował.
Z kolei Jeremy Hunt, który w mediach prezentuje charyzmę grzecznego chłopczyka na herbatce u cioci, na pytanie, jak zamierza negocjować umowę brexitu, skoro w niego nie wierzy (był za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii), jak mantrę powtarzał, że jest przedsiębiorcą i stąd nauczył się „podstaw negocjacji”. Neil wyśmiał tę odpowiedź, mówiąc, że z całym szacunkiem, ale nie jest Stevem Jobsem, a „podstawy negocjacji” mogą nie wystarczyć do tak wielkiej i odpowiedzialnej operacji jak uzgodnienie porozumienia o wyjściu z UE. Hunt z troską zarzucił dziennikarzowi pogardę wobec drobnych biznesmenów w całym kraju. Było to cokolwiek populistyczne stwierdzenie w ustach człowieka, który o byciu drobnym biznesmenem wie akurat tyle, ile spokrewniony z królową syn oficera Royal Navy, wykształcony w elitarnej szkole prywatnej za setki tysięcy funtów. Bo nim właśnie jest.
Niestety takie argumenty oddają poziom debat brytyjskiej wierchuszki na temat brexitu. Reality Check Team, działający w BBC zespół ds. konfrontacji z rzeczywistością, zrobił na swojej stronie internetowej materiał o obietnicach Hunta i Johnsona. Niewiele z tego, co obaj panowie mówią na temat szczegółów opuszczenia UE, pokrywa się z faktami.

Lenie we frakach

Wielu komentatorów za nędzną jakość debaty publicznej wini właśnie oksfordzką szkołę krasomówstwa, przez którą przeszli swego czasu niemal wszyscy prominentni dziś torysi – znacznie częściej niż laburzyści. „Jedna rzecz, której uczył Oksford, to jak przemawiać, nie mając zbyt dużo wiedzy” – pisze Simon Kuper. „Nieprzygotowani studenci spędzali większość czasu na tutorialach, wypełniając dziury w swoich esejach słowną żonglerką” – dodaje. W Oksfordzie i Cambridge zajęcia polegają na jedno-, maksymalnie dwuosobowych sesjach z tutorem, na które student przynosi rozprawkę albo przygotowuje prezentację. Publicysta „Financial Timesa” cytuje Jonathana Barnesa, tutora Johnsona: „Jeśli jesteś wystarczająco inteligentny, możesz się prześlizgnąć przez filozofię, ucząc się kilka godzin tygodniowo. Boris uczył się zero godzin tygodniowo i to jednak nie wystarczyło”. Chodzi o to, że przyszły mer Londynu, ku swojej rozpaczy, nie ukończył studiów z najlepszą oceną. Zdaniem oksfordzkiej gazety studenckiej „Cherwell”, najbardziej utalentowanym ściemniaczem na uczelni był w tamtym czasie Simon Stevens, który przeczytał swojemu tutorowi połowę eseju z kompletnie pustej kartki. Obecnie jest szefem Narodowej Służby Zdrowia.
Mimo licznych wpadek faworyt w wyścigu o rezydencję na 10 Downing Street (gdzie znajduje się gabinet premiera Wielkiej Brytanii) nie wygląda na takiego, co w siebie wątpi. – Boris Johnson sprawia wrażenie, jakby nie cierpiał na syndrom oszusta, który ma większość z nas. To znaczy, jest całkowicie przekonany o swojej racji we wszystkim, co robi. Nawet jeśli inni mają na ten temat odmienne zdanie – mówi mi Nicola Pitt, executive coach z Londynu, która szkoli menedżerów. – To jest to, co tak się w nim wielu podoba – dodaje.
Johnson stara się, żeby jowialna arogancja, którą ewidentnie próbuje naśladować swojego ulubionego bohatera brytyjskiej polityki Winstona Churchilla (jest autorem książki „The Churchill Factor: How One Man Made History”), przyprawiona była rozbrajającą chłopięcością. Dodaje mu to uroku. „Dla brytyjskiej publiczności Johnson jest postacią natychmiast rozpoznawalną w kulturze. To Bertie Wooster. Ma bałagan na głowie. Wpada do stawów. Można go łatwo polubić, bo wygląda na wrażliwca, w głębi duszy niepoważnego” – pisze w „New Yorkerze” Sam Knight.
Bertie Wooster – obok jego kamerdynera Jeevesa – to zapewne najsłynniejsza postać literacka stworzona przez P.G. Wodehouse’a, wybitnego brytyjskiego autora powieści i opowiadań humorystycznych. Bertie jest typem czarującego, niepozbieranego brytyjskiego arystokraty, który radzi sobie w życiu tylko dzięki wspomnianemu kamerdynerowi (w słynnym serialu „Jeeves and Wooster” wspaniale zagrał go Hugh Laurie, w Polsce znany z serialu „Doktor House”). Nawet dla tych, którzy nie czytali Wodehouse’a – choć jest to jeden z najszczerzej uwielbianych na Wyspach pisarzy – postać Bertiego na dziesięciolecia zapisała się wśród najważniejszych brytyjskich symboli kulturowych.
Wooster jest niezbyt bystry i zapewne pod tym względem Johnson chciałby się od niego różnić. Ale ostatecznie intelekt nie ma aż takiego znaczenia w świecie, po którym obaj się poruszają: nigdy niekończących się pieniędzy oraz kontaktów, które w razie czego wyciągną ich z każdej opresji. Czy to nie one pozwalają na tę czarującą nonszalancję w rzucaniu dowcipów i łacińskich cytatów zamiast wykazania się znajomością podstaw prawa, na którym chce się oprzeć życie 66 mln ludzi?

Solidarność klasowa

Zanim Hunt i Johnson oraz reszta ojców chrzestnych brexitu poszła na Oksford, niemal wszyscy uczyli się w elitarnych prywatnych szkołach średnich, od stuleci kształcących synów możnych Wielkiej Brytanii. I być może powstałe tam więzi są jeszcze ważniejsze niż te z uniwersytetu.
„Nie znałem żadnych oksfordzkich torysów osobiście, ponieważ dzieliła nas oksfordzka przepaść klasowa. Ja byłem ze szkoły państwowej (po latach za granicą), oni byli przeważnie ze szkół prywatnych” – pisze Kuper.
Kiedy bowiem spojrzeć na głównych macherów brexitu, takich jak Nigel Farage, Boris Johnson, Jacob Rees-Mogg czy Michael Gove, okazuje się, że są to wyłącznie mężczyźni z, jak to się mówi na Wyspach, wyższej klasy średniej. Anglik jest pewnie w stanie ocenić pochodzenie społeczne delikwenta na pierwszy rzut oka, przyjezdny może dla ułatwienia kierować się CV, w szczególności jego pierwszą rubryką – wykształceniem. Klasowość społeczeństwa angielskiego jest podtrzymywana właśnie przez system szkół prywatnych, na które nie stać normalnych śmiertelników, a które są przepustką do kariery w trzech dziedzinach dających władzę: w polityce, biznesie i mediach.
Szkoły prywatne dawały pewność siebie i ogładę, z którymi dobrze było przyjść na Oksford. Tak w brytyjskim dwutygodniku „London Review of Books” pisze o najbardziej elitarnej z nich – Eton – James Wood, wybitny angielski krytyk mieszkający w USA, który również jest jej absolwentem: „Dyrektor szkoły, rozważny Szkot, poinstruował nas, jak mamy się zachowywać w świecie. (…) Etończyk odznacza się «niewysiloną wyższością» (…). Powiedziano nam, żebyśmy uważali z wykorzystywaniem naszej wyższości, ale nie powiedziano nam, że jej nie mamy” – wspomina Wood. Czy to nie ta sama wyższość, która sprawia, że prominentni brexiterzy są w stanie prowadzić kraj w przepaść (co sami często przyznają), tylko po to, żeby zdobyć punkt w debacie? W grudniu ubiegłego roku Caroline Lucas, posłanka Partii Zielonych, upomniała Rees-Mooga: „To nie jest zabawa salonowa ani towarzystwo dyskusyjne. To prawdziwi ludzie z prawdziwymi życiami”.
Boris Johnson nazywa takie gadanie „sianiem defetyzmu”. Zapewne jeśli jemu się coś przytrafi w związku z brexitem, co oczywiście się nie zdarzy, po prostu zadzwoni do jakiegoś kumpla z Eton i powie: „Stary, czy twój kuzyn mógłby…”. A bycie premierem to zawsze jakiś punkt w CV.
Podobno właśnie po to, żeby go zdobyć, Johnson skazał swoich rodaków na brexit.

Buntownicy z Eton

– Torysi zawsze byli dobrzy w jednej rzeczy – utrzymywaniu się przy władzy – mówi mi Jules Murray, historyk po Oksfordzie i nauczyciel polityki w prywatnej szkole średniej w Londynie. – Z powodu układu sił w Partii Konserwatywnej poparcie brexitu dało im władzę. Takie są korzenie decyzji Johnsona, żeby poprzeć wyjście z UE. Z całą pewnością ani przez chwilę nie wierzył, że to dobre dla kraju – tłumaczy mój rozmówca. Opinię tę słychać właściwie z ust wszystkich Anglików, z którymi porusza się temat brexitu. Przed referendum, w dniu, w którym miał ogłosić, czy poprze ówczesnego premiera Davida Camerona i jego kampanię za pozostaniem w UE, czy dołączy do ruchu brexitowego, Johnson napisał dwa felietony do „Daily Telegraph” i zastanawiał się, który opublikować. W ostatniej chwili miał wybrać ten drugi. Chodziło wyłącznie o rozgrywkę o władzę. Kalkulował, że w ten sposób zostanie premierem. Wówczas nie wyszło, ale teraz ma wielką szansę – i będzie to właśnie pokłosie tej decyzji.
– Brexiterzy na swoje sztandary wzięli eurosceptyczne i antyimigracyjne hasła, które trafiły do grupy sfrustrowanych białych mężczyzn w wieku średnim i skanalizowały ich bunt. Ale ludzie ci nie głosowali tak naprawdę za żadnym brexitem. Głosowali „spadajcie”, co było adresowane do bogatych londyńczyków, których nieruchomości poszły w górę i którzy mają dobrą pracę – mówi Murray. Trik polega na tym, że sami ojcowie brexitu są słownikowym przykładem „bogatych londyńczyków” i zapewne kompletnie nie wierzą, że może on przynieść coś dobrego – wyjątkiem jest podobno zmanierowany multimilioner Rees-Mogg, który, jak się powszechnie twierdzi, zamierza na brexicie zrobić kolejne miliony w swoich funduszach hedgingowych (jego ojciec, dawny redaktor naczelny „Timesa”, jest m.in. autorem książki o zarabianiu na kryzysach „Blood in the Streets: Investment Profits in a World Gone Mad”). Co do Johnsona – był przecież zupełnie liberalnym merem Londynu.

Urodzeni, żeby rządzić

Johnson ma na koncie wiele grzechów, które teoretycznie powinny go dyskwalifikować. Na przykład kłamstwa na temat Unii Europejskiej w swoich felietonach na łamach konserwatywnej gazety„Daily Telegraph”. To on jako brukselski korespondent wymyślał kiedyś historie o planach ustandaryzowania rozmiaru prezerwatyw przez UE i tym podobne. Dobrze się przy tym bawił i zyskiwał sławę, mimochodem budując niechęć społeczeństwa do Unii Europejskiej. Słynie też z płodzenia dzieci poza małżeństwem, mizoginicznych wypowiedzi, aktów wandalizmu (w ramach rozrywek chłopców z elitarnego „towarzystwa obiadowego” Bullingdon Club w Oksfordzie) czy ostatnio z awantury ze swoją partnerką, słyszanej na całej ulicy.
Gdyby chodziło o kogoś innego niż etońsko-oksfordzkiego sunny boya, urodzonego, żeby rządzić, sytuacja wyglądałaby zapewne inaczej. Z angielskimi elitami jest jak w sławnej słodko-gorzkiej powieści Nancy Mitford „Pogoń za miłością” o brytyjskiej arystokracji w przededniu II wojny światowej. Jeśli jest się wystarczająco dystyngowanym, wszystkie grzechy są dozwolone.
Nawet wyprowadzenie kraju z UE w nieznane, żeby tylko wygrać debatę z kumplami.