Medycyna rodzinna początkowo traktowana była przez władze jak beniaminek. Dziś stała się chłopcem do bicia.
Instytucja lekarza rodzinnego miała być filarem, na którym stanie cała służba zdrowia. Podwaliną dobrej kondycji fizycznej i psychicznej społeczeństwa. Ledwo jednak ją wprowadzono kilkanaście lat temu, zaraz zaczęto rozmontowywać. Dziś wciąż istnieje, choć ledwo dycha. Z jakiegoś powodu nasze władze od lat, zamiast inwestować w profilaktykę i kurowanie drobnych dolegliwości, czekają, aż przekształcą się one w groźne choróbska, i pompują pieniądze w najdroższe leczenie szpitalne. Podstawowa opieka zdrowotna jest zaś niedoinwestowana, pozbawiona podstawowych kompetencji, odsunięta na margines.
To postępowanie, łagodnie rzecz ujmując, nieracjonalne. Nawet Komisja Europejska zauważyła ten bezsens, o czym pisze w raporcie z lipca tego roku. Rzecz w tym, że przy większej niż średnia unijna liczbie łóżek szpitalnych przypadających na 100 tys. mieszkańców (4,4 w porównaniu z 3,6) kiepsko u nas z dostępnością do pomocy medycznej. Autorzy raportu upatrują przyczyny tego zjawiska właśnie w małej liczbie lekarzy rodzinnych. W efekcie mamy system drogi, niewydajny i niestabilny.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.