Politycy próbują wykorzystać korki na drogach w kampanii wyborczej. Nie wiadomo, czy się na tym nie przejadą. Bo kiedy w Polsce w histerii otwiera się bramki, Francuzi stoją, Włosi się nie przejmują, a Amerykanie żonglują pasami
Z punktu widzenia kierowców wybory powinny być co roku. Tydzień temu zaczęli korzystać z nowej wylotówki S8 z Warszawy na Katowice, która omija epicentrum korków: Janki i Raszyn. Droga została otwarta na pięć miesięcy przed terminem kontraktowym. W roku wyborczym cudów jest więcej: obawa przed korkami na autostradzie A1 między Toruniem i Gdańskiem była dla rządzących tak duża, że przez drugi sezon na tym odcinku koncesyjnym, na którym kwestie dotyczące opłat reguluje strona publiczna, w weekendy bramki są otwarte. A to wcale nie koniec, bo resort infrastruktury pracuje nad mechanizmem prawnym umożliwiającym otwieranie bramek na odcinkach A1 i A2 będących w zarządzie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
To wszystko działania chaotyczne. Otwarta przed czasem obwodnica Janek i Raszyna ma sens z punktu widzenia taktyki kampanii wyborczej, stanowiąc kontrargument dla opozycyjnej narracji „Polska w ruinie”. Ale podnoszenie bramek na A1 – to kwestia dyskusyjna. Czy utknięcie na godzinę w sznurze samochodów przed bramkami pod Toruniem w sierpniu może w październiku pchnąć wyborcę z orbity PO w objęcia PiS, lewicy albo Pawła Kukiza? Lekko to naciągane. Równie dobrze można by dowodzić, że frekwencja w pociągach Pendolino może oddziaływać na tę wyborczą. Rząd jednak dmucha na zimne, bo boi się, że kierowca uwięziony w aucie na autostradzie to głos stracony.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.