Praca projektantów i inżynierów w koncernach samochodowych jest niezwykle monotonna i nudna. Serio, trudno mi wyobrazić sobie bardziej frustrujące zajęcie. Człowiek spędza dwa lata przed komputerem, starając się stworzyć najpiękniejsze i najdoskonalsze auto świata, a w dniu, kiedy już zamierza otworzyć szampana i świętować, nagle w jego biurze zjawia się człowiek z księgowości ubrany w sweter w romby. I stwierdza, że taki wóz będzie o 50 eurocentów za drogi, w związku z czym należy go całkowicie przeprojektować.
Chwilę później dołącza do niego ktoś ze ścisłego kierownictwa firmy z krawatem Armaniego zawiązanym tak mocno, że oczy wychodzą mu z oczodołów, i orzeka głosem nieznoszącym sprzeciwu, że „grubość uszczelek w drzwiach jest niezgodna z filozofią marki”. A na koniec przychodzą spece od marketingu, żądając przebudowania silnika w taki sposób, aby mogli w katalogu napisać, że jest „narwany jak żubr w trakcie godów, całkowicie bezpieczny dla populacji grenlandzkich fok, a tym, co wylatuje z jego rury wydechowej, można dotleniać pacjentów OIOM-ów”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.