Coraz więcej Polaków wyraża zadowolenie z tego, że nie znajdujemy się w strefie euro. Gdybyśmy teraz mieli decydować o ewentualnym przyjęciu wspólnej waluty w referendum, zapewne pozostalibyśmy przy złotówce.
Problem w tym, że własna waluta wcale nie chroni nas przed perturbacjami. Im większe kłopoty przeżywa strefa euro, tym trudniejszy do przewidzenia jest kurs złotego. Kiedy kłopoty ma dolar, złotówka także traci na wartości. Brak stabilności zabójczy jest zarówno dla importerów, jak i eksporterów, uniemożliwia bowiem jakiekolwiek planowanie. Domowym budżetom także nie robi dobrze. W dobrze pojętym polskim interesie jest więc przyjęcie waluty mocniejszej, ale oczywiście dopiero wtedy, gdy upora się ona z obecnymi problemami. Dziś trudno przyjmować nawet zakłady, czy euro przetrwa.
Tym dziwniejsza wydaje się dyskusja, którą rozpoczęło kilku polityków SLD. Marek Siwiec stwierdził, że teraz właśnie jest najlepszy czas, by wytargować od Unii dobry kurs, po którym przyjmiemy euro, a Leszek Miller nawet ogłosił jego wysokość. Dobry kurs to jego zdaniem 4,5 zł za euro. Obawiam się, że gdyby tak miało być, to i tak topniejące grono zwolenników wspólnej waluty zmniejszy się jeszcze bardziej. Warto mieć bowiem świadomość, że określenie „dobry kurs” nic nie znaczy, dopóki nie sprecyzujemy, dla kogo ma on być dobry.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.