Gospodarczy patriotyzm to piękna postawa. Dopóki nie zaczniemy realizować jej w praktyce. Wtedy może zaszkodzić.
Dyskryminacja ze względu na pochodzenie jest zła. Przynajmniej jeśli dotyczy ludzi, bo w przypadku pochodzenia produktów rynkowych są tacy, którzy aktywnie do niej nawołują. Nazywają się „patriotami gospodarczymi” i chcą, byśmy towary „kupowali polskie”, a już niekoniecznie niemieckie, amerykańskie czy chińskie. Bo to rzekomo w długiej perspektywie napędza gospodarkę. Jeden z takich patriotów, poseł Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Gonciarz, zaproponował nawet w listopadzie, by na paragonach polskich produktów umieszczać obligatoryjnie wyraźną informację o ich pochodzeniu. Żeby ludzie wiedzieli, co wybrać, gdyby mieli wątpliwości. Ekonomiczna mądrość spływa na posła najwyraźniej od samego premiera Mateusza Morawieckiego, największego obecnie promotora patriotyzmu gospodarczego. Dla Morawieckiego pojęcie to oznacza nie tylko kupowanie polskich towarów, lecz głównie aktywne wspieranie polskich firm w ekspansji zagranicznej. Morawiecki nazywa je czempionami. Ich sukces ma pociągnąć za sobą inne, mniejsze firmy, które same by sobie rzekomo nie poradziły.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.