Walt Kowalski, którego w „Gran Torino” gra Clint Eastwood, nie chodzi na parady gejów. Ma za sobą wojnę w Korei. Kilka medali. Ma pięknego forda i sąsiadów z Azji, których szczerze nie znosi. Gdy spotyka się z kolegami na piwie, opowiada rasistowskie kawały. Nawet nie próbuje udawać poprawności politycznej. Walt nie jest złym człowiekiem. Po prostu reprezentuje postawy, które nie znajdują zrozumienia u komentatorów „New York Timesa” czy magazynu „Rolling Stone”.
Pisząc na łamach DGP tekst o starciu Donalda Trumpa z Hillary Clinton, porównaliśmy je do zderzenia dwóch światów: Stanów Walta Kowalskiego z Ameryką Penelope Longstreet z „Rzezi” Romana Polańskiego. Mieszkańca przedmieść i zamożnego mieszczaństwa, które próbuje zachowywać wszelkie pozory ogłady i umiaru. Obie Ameryki funkcjonują równolegle. Ta z „Gran Torino” od zawsze. Problem w tym, że nie chcieliśmy jej dostrzec. W Europie jest podobnie. Wybory w kolejnych krajach wygrywają politycy reprezentujący ludzi, którzy nie mają przebicia do dużych gazet. Nie są bohaterami programów telewizyjnych. Jeśli już się pojawiają, przedstawiani są w krzywym zwierciadle: jako słoiki, nieokrzesani rolnicy albo nieznośni turyści z all inclusive, którzy pod wpływem darmowych drinków chcą skakać z balkonu, a na recepcję przychodzą w sandałach i skarpetkach.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.