Różnie można oceniać rok dobrej zmiany, można na PiS pluć, można wychwalać pod niebiosa, ale jedno trzeba Jarosławowi Kaczyńskiemu przyznać: udało mu się przekonać Polaków, że są konserwatywnym społeczeństwem. Wbrew faktom, ale za to z korzyścią dla jego formacji. Bo konserwatywna kontrrewolucja jest silna jedynie słowem, nie postawami.
W zasadzie słyszą to państwo na okrągło: Polacy to konserwatywny naród. Publicyści rozpoczynają tak co drugi tekst, politycy rządzący przyjęli to za oczywistą oczywistość. Nawet opozycja się poddała i odmienia to słowo przez wszystkie przypadki, a Grzegorz Schetyna ogłasza, że Platforma pod jego kierownictwem będzie uśmiechać się prawym półgębkiem. Ludzie KOD denerwują się, że w takim narodzie trudno rozpalić ogień świętego oburzenia na dyktatorskie zapędy PiS (więc cieszą się, że choćby iskry widać), a ludzie kultury – że sztuka cierpi, bo nie może mówić pełnym głosem (ach, ta przeklęta konserwa). Obywateli usytuowanych światopoglądowo po prawej stronie rzeczywistości wprowadza to w szampański nastrój, bo według nich konserwatywne wahadło wychyliło się tak bardzo, że zaraz szorować będzie po ziemi. Ale ile w tym prawdy? Ile faktów? Sam, przyznam, byłem skłonny zgodzić się z taką opinią, bo jak tu dyskutować z sądem tak powszechnym, ale im więcej się nad tą naszą konserwatywną twarzą zastanawiam, tym mniej mi się tu zgadza.
Konserwatyzm? Ale jaki?
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.