Wołodymyr Hrojsman mnoży warunki przed objęciem funkcji premiera. Prezydent grozi rozwiązaniem parlamentu, jeśli gabinet wkrótce nie powstanie
Reklama
Przez ostatnie cztery miesiące trwał proces nakłaniania premiera Arsenija Jaceniuka, by zgodził się podać do dymisji. Gdy w niedzielę taki zamiar ogłosił, nieoczekiwanie administracja Petra Poroszenki pokłóciła się z jednym z najbliższych współpracowników prezydenta Wołodymyrem Hrojsmanem o to, kto ma wejść do rządu tego ostatniego.
Teoretycznie dzisiaj powinno dojść do głosowania nad kandydatem na premiera. Jednak nie jest pewne, czy to się faktycznie stanie, a co więcej, koalicja Bloku Poroszenki (BPP) i Frontu Ludowego (NF) Jaceniuka dysponuje kruchą większością głosów. By powołać nowego premiera, potrzeba co najmniej 226 głosów. Według stanu na wczoraj kluby parlamentarne BPP i NF łącznie liczą 226 członków (choć powoli rosną, wchłaniając posłów niezrzeszonych). I choć za rządem zagłosuje część niezrzeszonych, nie jest powiedziane, że uda się uzyskać niezbędną większość.
Największym zaskoczeniem jest jednak to, że nie wiemy nawet na 100 proc., czy nowym szefem rządu będzie Hrojsman. Niespodziewanie obecny przewodniczący Rady Najwyższej, a dawniej wicepremier i mer Winnicy, wszedł w konflikt z otoczeniem Poroszenki, z którym od lat łączyły go bardzo bliskie więzy polityczne. Część komentatorów przewidywała, że Hrojsman spróbuje się uniezależnić i zbudować własne zaplecze, ale nikt się nie spodziewał, że stanie się to, jeszcze zanim formalnie zajmie fotel premiera.
Kandydat na premiera próbuje forsować własnych współpracowników na kluczowe stanowiska w nowym rządzie, niechętnie patrząc na propozycje uzgodnione formalnie między BPP i NF oraz mniej formalnie między koalicją a administracją Poroszenki. Hrojsman miał nawet zagrozić, że jeśli nie postawi na swoim, zrezygnuje z formowania rządu. Portal Lb.ua podał wczoraj, że otoczenie prezydenta w panice zaczęło szukać innych kandydatów na kandydata na premiera, gdyby Hrojsman jednak nie uległ naciskom. W grę wchodzili szef MSZ Pawło Klimkin, szef klubu BPP Jurij Łucenko i sekretarz wpływowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ołeksandr Turczynow.
Kłopot w tym, że Klimkin, choć nie ma nic przeciwko awansowi, nie ma szans na uzbieranie wymaganej większości głosów w parlamencie, a dwaj pozostali odmawiają zgody na kandydowanie. Według Berezowcia Poroszenko do dziś traktuje Hrojsmana jako młodszego partnera politycznego, a Hrojsman zaczął się postrzegać jako równoprawny uczestnik gry. W prywatnych rozmowach szef parlamentu przyznawał, że dużo lepiej mu się pracowało w roli wicepremiera, gdy odpowiadał za przygotowanie reformy samorządowej, niż w fotelu głowy Rady Najwyższej. Pewność, że pozostał jedynym możliwym kandydatem na szefa rządu, tylko zwiększyła jego ambicje.
– Jesteśmy po to, aby nie pozwolić odrodzić się staremu systemowi – mówił Hrojsman w niedawnej rozmowie z DGP i Polskim Radiem. – Trzeba odnowić koalicję i rząd, ale musi temu towarzyszyć przyjęcie antykryzysowego planu działań dla Ukrainy. Dziś niestety mamy kryzysy ekonomiczny, społeczny i polityczny, zaostrzające się przez nieefektywne działania władzy. Gdy władza działa skutecznie, ludzie ją popierają – dodawał. „W odróżnieniu od poprzednich rządów Hrojsman nie będzie miał miodowego miesiąca w relacjach z wyborcami. Ludzie są bardzo rozdrażnieni i oczekują natychmiastowych rezultatów” – pisze Taras Berezoweć, politolog zbliżony do administracji Poroszenki. Stąd dążenie do stworzenia lojalnego zespołu.