Porażka Bronisława Komorowskiego w niedzielnych wyborach prezydenckich najczęściej interpretowana jest przez pryzmat podziału i buntu. Zderzyć się miały Polski zachodnia i wschodnia, wielkomiejska i małomiasteczkowa, a młodzi zagłosowali na Pawła Kukiza w pierwszej turze i Andrzeja Dudę w drugiej turze, by wyrazić swój bunt. Przeciw rządzącym, Platformie i establishmentowi. To wyjaśnienie nie dość, że niewiele wnosi, to jeszcze powiela klisze, przez które dziennikarze i politolodzy patrzą na społeczeństwo. A to żyje w innej rzeczywistości.
Punktem odniesienia dla ostatnich wyborów nie był bowiem podział PiS kontra PO, tylko rynek pracy. Bronisław Komorowski przegrał, bo padł ofiarą emigracji. Dokładniej – szeptanego przekazu, który płynął z zagranicy od dwuipółmilionowej rzeszy braci, sióstr, kolegów, przyjaciół i znajomych, a dotyczył warunków owej pracy właśnie. Okazało się, że neoliberalna wizja rynku, na którym pracownik jest na łasce pana-pracodawcy, wcale nie jest jedyną z możliwych. Że praca może – i powinna – wyglądać inaczej.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.