Powiedzieli „nie” pluszowym sercom i czekoladkom. Ale rynek, nasycony zakochanymi, wyciąga ręce i po antywalentynkowców.
Luty 1990 roku. Kampus Uniwersytetu Rutgersa w amerykańskim stanie New Jersey. Zbliżają się walentynki, lukier ścieka ze sklepowych wystaw, tonących w różach i czerwonych sercach. 18-letni student Marc Leonard ma dość tej atmosfery. – Ja i moja ówczesna dziewczyna mieliśmy nieco cyniczne spojrzenie na wiele spraw, a zwłaszcza na walentynki. Postanowiliśmy wydać antywalentynkowe przyjęcie, na którym każdy nosiłby czarne stroje, w kolorze czarnym miało być też całe jedzenie i napoje – wspomina dziś Leonard w rozmowie z DGP.
14 lutego Marc i jego dziewczyna wprowadzają swój plan w życie. Meble w pokoju w akademiku przykrywają czarnym materiałem, serwują czekoladowe ciasteczka, oliwki i cukierki lukrecjowe oraz drinki: Black Russian i Johnny Walker Black. W tle przygrywa Depeche Mode. Wejść może każdy – samotny i z parą (pod warunkiem że para w drzwiach się rozstaje i bawi się osobno). Tak rodzi się Black Hearts Party – symbol ruchu sprzeciwu wobec walentynkowej komercji. Organizatorzy są pozytywnie zaskoczeni liczbą ludzi, którzy podobnie jak oni wierzą, że „miłość to wiele rzeczy i część z nich wcale nie jest ładna”, i chcą wystąpić przeciwko „armii pluszowych białych misiów, które napadają na nas z każdej witryny sklepowej i stacji benzynowej” – jak napiszą w opublikowanym później manifeście pomysłodawcy Black Hearts Party.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.