Na Węgrzech kolejne przypadki zatrzymań za epidemiczną dezinformację, a także za krytykę rządu.
Zgodnie z obowiązującym na Węgrzech od końca marca prawem osoba, która publikuje nieprawdziwe informacje dotyczące epidemii, podlega karze pozbawienia wolności do pięciu lat. W ubiegłym tygodniu policja zatrzymała dwóch mężczyzn w związku z rzekomym sianiem nieprawdziwych informacji. Można też karać media.
64-letni mężczyzna zamieścił na Facebooku post, w którym podawał w wątpliwość działania rządu w zakresie rozluźniania restrykcji. Pisał, że są one przedwczesne i snuł wizje konsekwencji przedwczesnego rozluźnienia rygoru. Post nie cieszył się szczególnie dużym zainteresowaniem, a o jego istnieniu znaczna liczba odbiorców dowiedziała się dopiero po wejściu policji. Drugi zatrzymany pisał zaś, że w miejscowości Gyula szpitale wypisywały pacjentów, by zrobić miejsce dla potencjalnie zakażonych. Policja nie zakwestionowała faktu zwalniania łóżek, ale ich nieprawdziwej liczby.
Reklama
Gdy się okazało, że autor tego wpisu jest działaczem opozycyjnej partii Momentum, sprawa nabrała barw politycznych. Szef kancelarii premiera Gergely Gulyás wskazywał nawet, że policja powinna w podobnych przypadkach działać ostrożniej. Tyle że to nie pierwszy przypadek wykorzystania nowych przepisów. Na początku kwietnia wszczęto postępowanie przeciwko jednemu z tytułów opozycyjnych, który pisał o możliwości wystąpienia koronawirusa w siedzibie publicznego radia i telewizji MTVA. W ten sposób rząd Viktora Orbána korzysta z kolejnego narzędzia do walki z tytułami niesprzyjającymi jego działaniom.
W konstytucji już w 2013 r. pojawił się zapis wskazujący, że korzystanie z wolności słowa nie może naruszać godności innych osób, narodu węgierskiego ani jakiejkolwiek wspólnoty o charakterze narodowym, etnicznym, rasowym lub religijnym. Kategoria „naruszenia godności narodu” jest trudna do zdefiniowania i jednocześnie pojemna. Rząd zaś wpływa na rynek medialny poprzez przejmowanie przez oligarchów powiązanych z władzą tytułów niesprzyjających rządowi i ich likwidację, jak w przypadku „Magyar Nemzet” czy „Népszabadság”. Są i inne nieformalne środki wywierania wpływu na właścicieli.

Reklama
Wciąż działają tam za to niezależne portale śledcze, które poszukują pieniędzy na działalność przez crowdfunding. I to dla nich przepisy antyfake’owe są szczególnie groźne, bo można pod nie podciągnąć informowanie o nieprawidłowościach w przetargach na towary i usługi przydatne w walce z wirusem. Wiadomość o zatrzymaniu członka Momentum zbiegła się w czasie z europarlamentarną debatą na temat Węgier. Posiedzenie zaczęło się od kontrowersji związanych z niedopuszczeniem do głosu minister sprawiedliwości Judit Vargi, która w zastępstwie Orbána miała lecieć do Brukseli. Minister nie wsiadła do samolotu, bo – jak stwierdziła – nie miałaby możliwości wystąpienia. Jego treść umieściła na Facebooku.
W debacie pojawiły się znane już argumenty „za” i „przeciw” polityce Budapesztu. Wystąpienie komisarz Věry Jourovej sprowadzało się zaś do wydania oświadczenia, że Komisja Europejska nie przewiduje wszczęcia procedury naruszeniowej przeciwko Węgrom w związku z ustawą z 30 marca. Chodzi o przepisy, które przyznały rządowi nadzwyczajne uprawnienia poprzez wydłużenie stanu zagrożenia spowodowanego koronawirusem na czas nieoznaczony. W tym okresie rząd sprawuje władzę za pomocą dekretów z pominięciem parlamentu.
Niedługo po debacie Gulyás ogłosił, że nadzwyczajne uprawnienia będą obowiązywać do końca czerwca. Pytanie, czy Jourová otrzymała takie zapewnienie przed debatą i czy właśnie to nie zapobiegło wszczęciu procedury. W piątek Orbán poszedł jeszcze dalej i zapewnił, że zwróci się do parlamentu o cofnięcie nadzwyczajnych uprawnień już pod koniec maja. Prawdopodobne wydaje się jednak, że nawet wówczas jakiś zakres specjalnych przepisów zostanie na stałe. O takiej możliwości w jednym z wywiadów mówiła minister Varga, jednak nie wskazała, o które zapisy chodzi.
Zdaniem części komentatorów łagodne potraktowanie Węgrów za wyrugowanie parlamentu to kolejny przykład rozchodzenia się europejskich wartości i biznesu. Dekrety rządu Orbána dotyczą także gospodarki, a ich beneficjentami często są przedsiębiorstwa z różnych krajów UE. Zwłaszcza jeden wątek wygląda ciekawie. Na początku maja BMW podało, że rezygnuje z budowy fabryki w Debreczynie. Tymczasem w piątek, po tym jak węgierscy politycy zaczęli mówić o konkretnych datach zniesienia restrykcji, menedżerowie ogłosili zmianę zdania. Zakład jednak powstanie.