Pozostający w cieniu spotkań na wysokim szczeblu, a zakończony w Warszawie dyplomatyczny tour Johna Boltona będzie najprawdopodobniej najbardziej wymiernym rezultatem ofensywy USA w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Doradca prezydenta Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa przed Warszawą odwiedził Kijów, Kiszyniów i Mińsk. Trzy stolice kluczowe również z punktu widzenia polityki bezpieczeństwa Polski. Rozmowy w każdej z nich można uznać za doprecyzowywanie doktryny Mitchella-Boltona (Wess Mitchell do niedawna był asystentem sekretarza stanu USA ds. Europy i Eurazji), która nie przewiduje wariantu ustanowienia wyłącznej strefy wpływów Rosji w państwach byłego ZSRR graniczących z UE i NATO. Zakłada ona również wypychanie i powstrzymywanie Chin przed ekspansją w Europie Środkowej i Wschodniej.
Reklama
W Kijowie Bolton jednoznacznie dał do zrozumienia, że Amerykanie nie będą obojętnie przyglądali się wykupowi przez Chińczyków udziałów w budującym silniki do dużych samolotów transportowych koncernie Motor Sicz. Jeśli deal zostanie dopięty, Pekin w kolejnych latach będzie w stanie zbudować flotę samolotów o parametrach C-5 Galaxy czy An-124 Rusłan i tym samym zdobędzie zdolność do prowadzenia operacji wojskowych w odległych od Chin kontynentalnych rejonach świata. Jak potwierdził w rozmowie z DGP Ołeksandr Danyluk, bliski współpracownik Wołodymyra Zełenskiego, między innymi dlatego temat był przedmiotem rozmów Boltona z prezydentem Ukrainy. Doradca Trumpa namawiał również Zełenskiego do wstrzemięźliwości w negocjacjach o przyszłości Donbasu. Przekładając to z języka dyplomatycznego, chodzi o to, by 41-letni polityk bez większego doświadczenia nie dał się ograć w rozmowach z Władimirem Putinem. I by nie okazało się za kilka miesięcy, że separatystyczne republiki – ługańska i doniecka – zostały zalegalizowane jako autonomiczne podmioty w składzie sfederalizowanej Ukrainy. Powstałaby w ten sposób swoista „Partia Noworosja” pełniąca rolę zasobu Kremla, który blokuje decyzje Kijowa w sprawach międzynarodowych.
Bolton poparł też budowanie przez nową ekipę w Kijowie instytucji antykorupcyjnych, które wraz z ruszającym niebawem procesem prywatyzacyjnym mogą okazać się gwarancją bezpieczeństwa dla amerykańskich inwestorów zainteresowanych udziałem w przejęciach na ukraińskim rynku.
W Kiszyniowie Bolton spotkał się z prozachodnią premier Maią Sandu i prorosyjskim prezydentem Igorem Dodonem. Ostatni raz tak wysokiej rangi przedstawiciel USA gościł w Mołdawii w 2011 r. i był nim wiceprezydent USA Joe Biden. Jednym z powodów pauzy było przejęcie państwa przez oligarchę Władimira Płachotniuka, który uczynił z niego swoje udzielne księstwo.
Od razu po rozmowach z Boltonem szefowa rządu poleciała z wizytą do Waszyngtonu, gdzie poruszano m.in. kwestię zacieśnienia współpracy z NATO i modernizacji – pozostających w zapaści – mołdawskich sił zbrojnych. Sandu chce, aby Amerykanie przeznaczyli na ten cel 15 mln dol. rocznie, co jest dużą sumą, jeśli wziąć pod uwagę potencjał ludnościowy i powierzchnię kraju. Zarówno Bolton w Kiszyniowie, jak i przedstawiciele administracji Trumpa przekonują, że Stany Zjednoczone są zainteresowane, by państwo graniczące z – należącą do NATO i UE – Rumunią nie stało się wasalem Rosji i prowadziło jak najbardziej suwerenną politykę.
Podobny komunikat towarzyszył spotkaniom Boltona z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką i szefem MSZ tego kraju Uładzimirem Makiejem w Mińsku. Niezależnie od sankcji, które wciąż ciążą na Białorusi za łamanie praw człowieka, Amerykanin jasno dał do zrozumienia, że USA nie są zainteresowane poszerzaniem „rosyjskiego świata”, które mogłoby się objawić powołaniem np. witebskiej republiki ludowej czy wręcz całkowitym wchłonięciem Białorusi przez Federację Rosyjską. Właśnie temu miała być poświęcona rozmowa z Łukaszenką, która trwała – jak to określił sam Bolton – „nieoczekiwane dwie godziny i 15 minut”.
Bolton nie pojechał do Kijowa, Kiszyniowa i Mińska, by przywieźć stamtąd przełomowe porozumienia czy deklaracje zmieniające rzeczywistość geopolityczną. Po jego wizytach jest jednak jasne, że – niezależnie od nieprzewidywalności i ograniczonej wiarygodności prezydenta Trumpa – machina państwowa Stanów Zjednoczonych ma racjonalną ocenę tego, co dzieje się na wschodniej flance NATO i w byłym ZSRR, a nowa żelazna kurtyna – tym razem na Bugu i Prucie – nie jest na razie przedmiotem rozważań w USA.