Donald Trump wyrzucił z pracy swojego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego. To efekt porażek prezydenta w dyplomacji.
Reklama
Ogłoszone we wtorek odejście Johna Boltona nie było w Waszyngtonie zaskoczeniem. Bezpośrednią przyczyną dymisji była awantura, do jakiej miało dojść w poniedziałek między nim a prezydentem w Gabinecie Owalnym w sprawie planowanego przez Donalda Trumpa spotkania z przywódcami talibów w Camp David. Według CNN po ostrej wymianie zdań głowa państwa miała poprosić swojego doradcę o rezygnację ze stanowiska. Ale zanosiło się na to od dawna.
Polityk od dłuższego czasu miał złą prasę nawet w wąskich kręgach rządowych. – Publicznie mówi się o tym, że skłócił się z większością personelu Biura Bezpiecześntwa Narodowego. Co więcej, nie rozmawia z szefem dyplomacji Mikiem Pompeo, chociaż konsultacje należą do obowiązków obojga – mówi DGP David Mitchell z pensylwańskiego Bucknell University.
Poza tym Bolton coraz mniej chętnie bronił polityki rządu. W ostatnich dwóch tygodniach dwukrotnie odwołał zaplanowane wcześniej występy w telewizjach informacyjnych. Ale przede wszystkim Trump szukał kozła ofiarnego za serię własnych porażek dyplomatycznych, czyli eskalację napięcia z Iranem i Koreą Północną, patową sytuację w wojnie handlowej z Chinami i gniew europejskich liderów, którzy czują się zdradzeni przez Amerykę.
Dymisja doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego dowodzi, że nawet tak doświadczony i wpływowy człowiek jak John Bolton nie jest w stanie namówić Trumpa na rozpoczęcie konfliktu zbrojnego. Kiedy w kwietniu 2018 r. obejmował stanowisko w Białym Domu, spodziewano się, że przekona prezydenta do swojej wizji świata, w której Ameryka przy użyciu siły odgrywa rolę stanowczego żandarma i regulatora stabilności.
Bolton niejednokrotnie publicznie deklarował – w tym w wywiadzie udzielonym DGP w 2010 r. – że należałoby prewencyjnie zbombardować Koreę Płn. i Iran, a tym samym potwierdzić pozycję USA jako jedynego imperium.
– Problem polega na tym, że w związku z jego karierą w trzech poprzednich republikańskich rządach, licząc od Ronalda Reagana, ludzie lewicy i prawicy myślą, że Bolton jest neokonserwatystą. Nic bardziej błędnego. On nie ma nic wspólnego z etosową doktryną w sprawach międzynarodowych Partii Republikańskiej – mówi Jerrod Laber z George Mason University, publicysta kilku konserwatywnych czasopism.
– Jego powtarzana do znudzenia historia prewencyjnego bombardowania jest nudna jak opera mydlana i nie ma wiele wspólnego z amerykańską doktryną szerzenia na świecie demokracji – dodaje. Bolton należy do radykalnych nacjonalistów, frakcji republikanów, która nie ceni multilateralizmu i instytucji międzynarodowych. Uważają oni, że Ameryka jest doskonalszym społeczeństwem niż jakiekolwiek inne i ma prawo działać bez oglądania się na kogokolwiek.
Kiedy prawie półtora roku temu doradca ds. bezpieczeństwa narodowego rozpoczynał urzędowanie, mówił, że USA czeka na arenie międzynarodowej pięć wyzwań. Twierdził, że likwidacja samozwańczego Państwa Islamskiego powinna być podstawowym zadaniem rządu i że w związku z tym trzeba wzmacniać tradycyjnych sojuszników: Izrael i Arabię Saudyjską. Prezydent po jakimś czasie ogłosił, że wojna z Da’isz została wygrana. Kolejnym problemem miała być proliferacja programów nuklearnych, szczególnie w Iranie i Korei Płn. Wobec tego prezydent wycofał się z porozumienia z Iranem.
Dalej republikański jastrząb ostrzegał, że pozycja prezydenta Rosji rośnie w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie w stopniu niespotykanym od końca zimnej wojny i Ameryka musi temu czynnie przeciwdziałać. Stąd choćby niedawne tournée po regionie, w ramach którego Bolton odwiedził Białoruś, Mołdawię, Polskę i Ukrainę.
Wreszcie obstawał przy poskramianiu Pekinu oraz odzyskaniu przez USA suwerenności, przez co rozumiał wycofanie się różnych organizacji i traktatów, m.in. karty paryskiej dotyczącej walki z globalnym ociepleniem, oraz utemperowanie działalności Międzynarodowego Trybunału Karnego. W tej ostatniej sprawie amerykańska dyplomacja zareagowała dość szybko. Pompeo ogłosił wiosną, że śledczy i sędziowie badający amerykańskie nadużycia w Afganistanie nie dostaną wizy do USA.
Teoria mocno łączy Boltona z Trumpem, bo wszystkie wymienione sprawy stały się priorytetami dyplomacji. Ale praktyka ich różni. Prezydent nie lubi wojen. Jego powiedzenie „America first” (po pierwsze Ameryka) jest deklaracją izolacjonizmu i pozostawienia świata samemu sobie. Bolton uważa, że Ameryka musi być wszędzie.
Odejście doradcy z Białego Domu nie zmienia faktu, że amerykańska dyplomacja jest w impasie, a Trump w związku z tym będzie chciał kolejnych rozliczeń. Niewykluczone, że następna spadnie głowa sekretarza stanu. Taki scenariusz uprawdopodabnia fakt, że szef republikańskiej większości w Senacie Mitch McConnell namawia Pompeę do startu w wyborach do izby wyższej.