Gdy w ubiegłym tygodniu publikowaliśmy tekst poświęcony wyjaśnieniom byłego szefa kancelarii premiera Donalda Tuska po katastrofie smoleńskiej przed komisją Millera, nie przypuszczaliśmy, że kolejny przykład teoretyczności państwa pojawi się tak szybko. Tomasz Arabski przekonywał, że nie znał treści instrukcji HEAD przed jej podpisaniem. A Monika Boniecka, w 2010 r. zastępca dyrektora generalnego KPRM, o organizacji lotów VIP-ów przed tą samą komisją mówiła jako „ugruntowanej latami świeckiej tradycji”. Jakby tego było mało, w czwartek w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM następca Arabskiego w KPRM – Michał Dworczyk z PiS – z rozbrajającą szczerością podbił stawkę, przyznając, że również instrukcji w całości nie czytał.
Trudno pozbyć się wrażenia, że podobny ton pobrzmiewa w wypowiedzi rzecznika policji Mariusza Ciarki, który komentował fakt nagrania meldunków policji podczas zabezpieczania uroczystości 3 Maja z udziałem najważniejszych osób w państwie (proceder DGP opisał w po niedziałkowym wydaniu). – Nie jest dla nikogo żadnym newsem, że zdarza się, iż częstotliwości użytkowane przez różne podmioty, w tym służby lotnicze czy służby ratunkowe, mogą być nasłuchiwane – mówił oficer.
Inspektor Ciarka ma oczywiście rację. Od lat doskonale wiedzą o tym również laweciarze, którzy za pomocą nadprzyrodzonych zdolności potrafią pojawić się na miejscu wypadku drogowego przed funkcjonariuszami. Mamy jednak poważne wątpliwości, czy te nadprzyrodzone zdolności są wystarczającym usprawiedliwieniem dla jawności operacji zabezpieczania tak dużej imprezy, jak obchody i parada wojskowa z okazji święta 3 Maja. Tu nie chodzi o wyścig po uszkodzony samochód, tylko bezpieczeństwo prezydenta, premiera, ministrów, notabli z zagranicy, zwykłych ludzi. Wydarzeniami takimi jak święta państwowe nie może rządzić logika „świeckiej tradycji”. Jeśli będziemy ją akceptować, ktoś, kto ma wobec państwa złe zamiary, może w końcu z niej skorzystać.
Problem niezabezpieczonych sieci nie dotyczy tylko policji i nie rozpoczął się wraz z rządami obecnej ekipy. W zasadzie nie jest również obowiązkiem funkcjonariusza tłumaczenie się z kiepskiego sprzętu, w które wyposaża go państwo. Po raz kolejny mamy jednak do czynienia z utrwalanym przez lata i ponad podziałami politycznymi zaniedbaniem kolejnych ekip rządzących.
Reklama
Jak wytłumaczyć, że bez większego problemu, przy niewielkiej inwestycji – sięgającej kilkuset złotych – i z dostępem do częstotliwości, które publikują nie tylko zapaleńcy na forach internetowych, ale Urząd Komunikacji Elektronicznej, można posłuchać, jak wygląda praca policji, pogotowia ratunkowego czy straży pożarnej.
W czasopismach, które są wydawane dla policjantów, jak choćby cytowany przez DGP „Stołeczny Magazyn Policyjny”, słabości systemu radiokomunikacji funkcjonariuszy obna ża sam... funkcjonariusz z 25-letnim stażem. „Wprowadzenie nowoczesnego systemu łączności radiotelefonicznej, spójnego dla wszystkich, szeroko rozumianych służb bezpieczeństwa publicznego, jest bardzo pożądane. Wymaga to jednak ogromnych nakładów finansowych i właściwego przygotowania organizacyjnego, a decyzja w tej kwestii może zapaść na najwyższych szczeblach państwowych” – to cytat z artykułu opisującego problemy, jakie rodzi stary, nieszyfrowany i ogólnie dostępny system.
Na stronie internetowej policji można znaleźć komunikaty, w których z jednej strony służba ta chwali się rozbitym gangiem produkującym i handlującym narkotykami, a z drugiej przyznaje, że u przestępców znaleziono „urządzenia do nasłuchu częstotliwości wykorzystywanych przez policjantów”. Brak odpowiednio zabezpieczonych systemów komunikacji to zatem nie tylko kwestia bezpieczeństwa VIP-ów, ale przede wszystkim samych funkcjonariuszy, którzy walczą z przeciwnikiem znającym ich plany.
Po poniedziałkowej publikacji dostaliśmy wiele e-maili. Nie było w nich złości. Raczej nadzieja, że patologiczna sytuacja się zmieni. Bezpieczniejsze systemy są już wdrażane, ale punktowo i jeśli służby prowadzą operację, która wymaga zaangażowania wielu jednostek, to często trzeba dostosować się do najgorzej wyposażonej grupy. Czyli równać w dół. To, jak długo jeszcze trzeba będzie tak robić, zależy przede wszystkim od polityków. To w ich rękach są decyzje o tempie zmian. Komendant główny policji może być w tym przypadku funkcjonariuszem zbyt niskim szarżą.
Spowodowanie, aby rozmowy policjantów w dniach takich jak 3 maja czy 11 listopada nie były jawne dla każdego, kto ma w portfelu wolne 300 zł (tyle kosztuje najtańszy sprzęt, za pomocą którego można prowadzić nasłuch funkcjonariuszy w czasie rzeczywistym), najpewniej nie jest i nie będzie tanie. Tak samo jak tanie nie jest kupno porządnych samolotów dla VIP-ów czy wyszkolenie pilotów, którzy siadają za ich sterami. Te koszty warto jednak ponieść. Choćby po to, by po raz kolejny nie trzeba było się wstydzić za prowizorkę i kompromitującą katastrofę.