PiS właśnie zaserwował wszystkim żabę. Ktokolwiek by wygrał jesienne wybory, będzie musiał ją zjeść. Żabę, którą są miliardy złotych dodatkowych wydatków i ubytku dochodów, których nijak nie da się w tej chwili upchnąć w limit wydatków policzony według obowiązującej reguły fiskalnej. To na jej podstawie ustala się, ile państwo może wydać pieniędzy w danym roku.
Reklama
Dlaczego PiS na to poszedł? Bo dało mu to paliwo do politycznej ofensywy. Uruchomił dopalacz, który wprowadził kampanijny silnik na wysokie obroty, przy czym ryzyko jego zatarcia już teraz jest niewielkie. Problemy z piątką Kaczyńskiego ujawnią się dopiero w przyszłym roku, a więc już po wyborach. W 2019 r. rząd raczej sobie poradzi, bo w czerwcu wpadną mu dodatkowe miliardy złotych (jakieś pięć do siedmiu) z zysku NBP, których nie zaplanował w budżecie. Jeśli do tego dodać jeszcze naturalne oszczędności – czyli niewydane pieniądze – których zwykle jest 9–10 mld zł w ciągu roku, to dwa najważniejsze punkty planu, trzynasta emerytura i rozszerzenie 500 plus na pierwsze dziecko, niemal się sfinansują. Niższy PIT i autobus w każdej gminie? Co prawda rząd zapowiada wprowadzenie obu tych zmian jak najszybciej, ale tak naprawdę pełną ich moc zobaczymy dopiero w 2020 r.
I o to właśnie chodzi: tegoroczna wypłata trzynastej emerytury i dodatków na pierwsze dzieci będzie kosztowna, ale jeszcze nie aż tak, żeby pogrążyć budżet 2019 r. Będą napięcia? Pewnie tak, bo ubytek kilku miliardów złotych po obniżeniu akcyzy na prąd czy dopłaty do telewizji publicznej to dodatkowe obciążenia. Ale jeśli nawet dojdzie do mocnych naprężeń, to tak naprawdę dopiero pod koniec roku. Wszak dodatkowe 500 plus ma zostać wypłacone dopiero we wrześniu. Schody zaczną się dopiero w 2020 r. Jak będą wysokie – to już zależy od inwencji Ministerstwa Finansów. Zapewne wyliczy ono limit wydatków państwa na przyszły rok zgodnie z obowiązującą regułą, a potem, już przy uchwalaniu przyszłorocznego budżetu, zacznie się naciąganie tej przykrótkiej kołdry.
Warianty są dwa. Pierwszy: postawienie wszystkiego va banque się opłaci i PiS utrzyma się przy władzy. Co może zrobić? Jeśli jest partią odpowiedzialną, to poszuka pieniędzy w wyższych podatkach. Podwyższanie VAT raczej w ich przypadku nie wchodzi w grę, bo nie tylko zaprzeczyłoby hasłom z poprzednich kampanii (podatek miał spaść), ale uderzyłoby po kieszeni wszystkich konsumentów po równo. Bardziej prawdopodobne jest skupienie uwagi na grupach najzamożniejszych. Już raz zresztą PiS postanowił ich kosztem sfinansować jeden ze swoich programów, wprowadzając tzw. podatek od milionerów. Pytanie tylko, jak długo się da ich drenować i czy to w ogóle wystarczy na nowe wydatki.
Prościej – z politycznego punktu widzenia – można też próbować obejść regułę, na przykład wypychając wydatki do instytucji, które jej nie podlegają. Kto powiedział, że trzeba finansować Fundusz Ubezpieczeń Społecznych wielką budżetową dotacją? Niech się FUS zapożycza w bankach, co przecież już robił dekadę temu.
Znając jednak nieszablonowe podejście partii do różnych – wydawałoby się nienaruszalnych – wartości, nie można wykluczyć, że rząd zdecyduje się na rozwiązanie najprostsze: reguła po prostu zostanie zawieszona. Albo w jakiś sposób zneutralizowana. Zresztą PiS już raz ją zmienił, na samym początku kadencji i teraz do wyliczeń używa celu inflacyjnego NBP zamiast wskaźnika bieżącej inflacji i jej prognoz.
Drugi wariant: wybory wygrywa opozycja. Czy to coś zmieni w finansach publicznych? Niewiele. Po pierwsze, dlatego że PO jako główna partia opozycyjna też ma na swoich sztandarach rozszerzenie socjalnych programów w rodzaju 500 plus na pierwsze dziecko. Po drugie, odbieranie już raz danego socjalu to polityczny samobój. Adwersarze nowego rządu od razu przeszliby do ataku, a stracone punkty społecznego poparcia trudno byłoby odzyskać. Co zatem można zrobić? Teoretycznie: poszukać dodatkowych miliardów złotych w zniesieniu preferencyjnych stawek VAT na wybrane towary. I zaprosić w ten sposób do protestów grupy, które z tych preferencji korzystały. Można podwyższać inne podatki albo ciąć wydatki, efekt będzie ciągle ten sam: rząd dostanie łatkę zabierającego pieniądze Polakom.
Ale przecież nowa władza też może próbować zarządzania regułą. W czasie ostatniego kryzysu rząd PO-PSL dość sprawnie omijał próg ostrożnościowy. Była to zasada, zgodnie z którą po przekroczeniu przez dług publiczny określonych pułapów trzeba by pilnie równoważyć budżet. Omijanie polegało chociażby na pożyczaniu FUS pieniędzy z budżetu, zamiast przekazywania mu dotacji, czy powołaniu specjalnego Krajowego Funduszu Drogowego, który finansował budowę dróg, choć formalnie nie był częścią sektora finansów publicznych. Nowy rząd mógłby też ograniczyć działanie reguły lub ją zawiesić.
Majstrowanie przy regule, niezależnie od tego, kto to będzie robić, skończy się tak samo: inwestorzy kupujący polskie obligacje zażądają niższych cen na przetargach. A agencje ratingowe przynajmniej się zastanowią, czy takie doraźne zerwanie kotwicy w finansach publicznych przypadkiem nie zasługuje na obniżenie oceny wiarygodności kredytowej. Z piątki Kaczyńskiego nie ma dobrego wyjścia. PiS postawił wszystko na jedną kartę i chce dać ludziom miliardy złotych już teraz, odkładając zmartwienia na później. Jego polityczni przeciwnicy zdają się nie dostrzegać pułapki, w jaką właśnie wpadli. Stawką w tej grze jest wynik wyborów. Ceną kotwica w finansach publicznych, za którą chwalą Polskę na świecie.