Jeśli Brytyjczycy się rozmyślą, mogą wycofać wniosek bez żadnych konsekwencji . Muszą to jednak zrobić przed 29 marca 2019 r.
Reklama
Jeśli Londyn zmieni zdanie w sprawie wyjścia z Unii, a pozostałe państwa członkowskie będą miały za złe Brytyjczykom trwającą ponad dwa lata awanturę, będą musiały to prostu przełknąć. Zdaniem rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE ani w przypadku złożenia wniosku rozwodowego (oficjalnie: powiadomienia o zamiarze opuszczenia UE), ani w przypadku jego wycofania nie mają nic do gadania. Taka wersja przeczy ekspertyzom, którymi dotąd dysponowała Komisja i Rada UE.
Nową opinię przedstawił wczoraj Manuel Campos Sánchez-Bordona, rzecznik generalny TSUE, w bezprecedensowej sprawie, której osią jest pytanie, kto ma decydujący głos w przypadku, kiedy kraj członkowski zadeklarował chęć wyjścia z Unii (czyli sięgnął po art. 50 Traktatu), a potem zmienił zdanie. Czy może wycofać powiadomienie o zamiarze opuszczenia, nie pytając nikogo o opinię, czy też muszą na to wyrazić zgodę inne państwa członkowskie?
„Artykuł 50 nie jest ślepą, jednokierunkową uliczką” – czytamy w opinii rzecznika. Zdaniem Sáncheza-Bordony nie może być tak, że na wypadek zmiany zdania „wszystko, co państwo członkowskie może zrobić, to odczekać dwa lata do wyjścia z Unii, a potem natychmiast ponownie aplikować o członkostwo. Interpretacja art. 50 nie może prowadzić do tak nielogicznych sytuacji”.
Sprawę skierował do luksemburskiego TSUE – jako najwyższego autorytetu w dziedzinie interpretacji unijnego prawa – szkocki sąd najwyższy, który rozpatrywał ją na wniosek grupy szkockich posłów, zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w UE, chcących uzyskać wykładnię dla zatrzymania art. 50. Opinia rzecznika generalnego nie jest wiążąca dla sędziów trybunału, ale ich decyzje bardzo często się pokrywają.
Dotąd przed TSUE wypowiadali się prawnicy Komisji Europejskiej i Rady UE. Ich zdaniem wycofanie wniosku rozwodowego byłoby możliwe po uzyskaniu jednomyślnej zgody pozostałych państw. – Nie ma analogii między prawem do złożenia wniosku z art. 50 i prawem do jego wycofania. Dane państwo nie może po prostu zwinąć dywanu, na którym wszyscy byli zmuszeni dotąd stać – przekonywał niedawno w Luksemburgu Hubert Legal, główny prawnik Rady UE.
Wczorajsza informacja doda skrzydeł zwolennikom pozostania Wysp w Unii bądź tym, którzy Wspólnoty nie kochają, ale uważają ją za lepszą alternatywę wobec porozumienia wyjściowego premier May. „Brytyjczycy mają prawo zmienić zdanie. Nie będzie się nam grozić perspektywą wyjścia bez porozumienia” – cieszył się na Twitterze poseł Partii Pracy David Lammy.
Teraz wszyscy wstrzymują oddech przed wtorkowym głosowaniem w Izbie Gmin nad umową rozwodową.
Jeśli premier May nie uda się do tego czasu przekonać posłów, na stole pojawią się inne opcje, z ponownym referendum włącznie. Wtedy interpretacja art. 50 TSUE będzie argumentem, że aferę z brexitem można łatwo zakończyć. Rzecznik przyznał jednak, że na wycofanie wniosku rozwodowego nałożone są pewne ograniczenia konstytucyjne: jeśli prawo danego kraju wymaga, aby taki ruch został poprzedzony głosowaniem w parlamencie, to powinni się w tej sprawie najpierw wypowiedzieć posłowie. W przypadku Wielkiej Brytanii oznaczałoby to pewnie przyjęcie stosownego wniosku przez Izbę Gmin.
Posłowie byli wczoraj pochłonięci batalią z rządem o publikację innej opinii prawnej związanej z brexitem, którą zamówił rząd w Londynie. Dokument jest widziany jako obiektywna analiza problemów, które mogą być związane z realizacją umowy ustalonej przez premier May. Posłowie chcą ją poznać przed przyszłotygodniowym głosowaniem, ale rząd ociąga się z jej publikacją, potęgując wrażenie, że coś ukrywa.
Także wczoraj o konsekwencjach brexitu opowiadali posłom z komisji ds. skarbu przedstawiciele biznesu. Tony Walker, wiceszef Toyoty w tym kraju, stwierdził, że wyjście z UE oznacza poważne komplikacje dla łańcucha dostaw producenta, który na Wyspach ma dwa zakłady, ponieważ zaledwie 20 proc. wykorzystywanych części pochodzi ze Zjednoczonego Królestwa. Walker przypomniał też, że jego firma czuje się oszukana, ponieważ ściągano ją do Wielkiej Brytanii, aby wytwarzała tu swoje produkty na całą Europę.