Europejskie stolice w panice, za to w Moskwie i Pekinie mogą otwierać szampana. Kilkanaście lat pracy nad zmiękczeniem Teheranu poszło na marne. Donald Trump cofnął relacje USA z Iranem do epoki ataków z 11 września.
Reklama
Najważniejsze osiągnięcie dyplomacji poprzedniej administracji USA dało się unieważnić w pół minuty. Tyle trwała najważniejsza część wystąpienia Donalda Trumpa. – Porozumienie nuklearne z Iranem jest z założenia błędne. Jeśli nic z tym nie zrobimy, dokładnie wiadomo, co się stanie: w krótkim czasie największy sponsor terroryzmu na świecie znajdzie się o krok od uzyskania najgroźniejszej broni na świecie. Dlatego też ogłaszam wycofanie się Stanów Zjednoczonych z tego porozumienia – ogłosił prezydent USA w wyemitowanym w telewizji orędziu. Za tym oświadczeniem może pójść przywrócenie sankcji, o – jak zapowiada Waszyngton – „potężnej skali”. Być może nawet w przyszłym tygodniu.
Zaskoczenie? Bynajmniej. Właściwie od pierwszych chwil, kiedy ekipa Trumpa znalazła się w Białym Domu, kwestia uderzenia w porozumienie nuklearne z Iranem była na tapecie. – Nasz plan polegał na unicestwieniu kalifatu Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku. Nie pokonaniu. Unicestwieniu. A następnie zmuszeniu Teheranu do odwrotu. A państw Zatoki Perskiej do zaprzestania finansowania terroryzmu – opowiadał dziennikarzowi magazynu „New Yorker” główny współpracownik (do czasu) Trumpa, Steve Bannon. – Jared (Kushner – zięć Trumpa i dziś jego czołowy doradca) i ja toczyliśmy wojny o wiele spraw, ale co do tego panowała pełna zgoda – kwitował.
Teheran ze spokojem przyjął decyzję Waszyngtonu. Bo jak na przywódcę kraju, w którym sztuka oratorska wznosi się na wyżyny wyrafinowania, Najwyższy Przywódca Iranu Ali Chamenei był bardzo powściągliwy. – Popełniłeś błąd – zwrócił się w środowym wystąpieniu sędziwy ajatollah do amerykańskiego prezydenta. – Zrywając porozumienie, Trump skłamał więcej niż dziesięciokrotnie. Ciało tego człowieka zamieni się w popiół i będzie pożywieniem dla robaków i mrówek, a Republika Islamska wciąż będzie trwała – perorował.
Irański prezydent – a niegdyś negocjator w rokowaniach rozbrojeniowych między Zachodem a Iranem – Hasan Rouhani na tle wszystkich tych wystąpień wydaje się jako jedyny zachowywać zimną krew. – Jeśli porozumienie upadnie, to zaczniemy ponownie pracować nad wzbogacaniem uranu – skwitował. – Ale jeśli będziemy w stanie osiągnąć cele tej umowy, bazując jedynie na współpracy z innymi jego sygnatariuszami, to pozostanie ono w mocy – uciął.
I ze strony „innych sygnatariuszy” jest najwyraźniej chęć, by porozumienie trwało. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby Iran mógł się wywiązać ze swoich zobowiązań w przyszłości – zapowiedziała już kanclerz Angela Merkel. Za Ameryką nie pójdzie w tym przypadku Londyn. – Nie mamy zamiaru czegokolwiek zrywać – skwitował szef brytyjskiej dyplomacji Boris Johnson. – Ta decyzja to błąd – podsumowywał francuski prezydent Emmanuel Macron. W Rosji i Chinach również krytykowano ruch Białego Domu, choć – o czym jeszcze za chwilę – Moskwa i Pekin mają więcej powodów do zadowolenia niż narzekania.
Co najgorsze, właściwie Waszyngton nie ma żadnych nowych argumentów, które pozwalałyby uzasadnić decyzję Trumpa. Może więc zdecydowała przekora i chęć zdemontowania wszystkich tych zmian, które były dziełem administracji Baracka Obamy. Niestety, gwałtowny odwrót Waszyngtonu od układu z Teheranem – nawet jeżeli można się było go spodziewać – cofa nas prawie dwie dekady, do czasów, kiedy światową polityką rządziło chwytliwe hasło o osi zła.
Trzynaście lat bicia pięściami w stół
„Gra pozorów” – tak zatytułował swoje wspomnienia pokojowy noblista z 2005 r., ówczesny szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Mohamed el-Baradei. I tytuł ten w olbrzymiej mierze odnosił się do procesu negocjacji między Iranem a jego najważniejszym adwersarzem, czyli właśnie Stanami Zjednoczonymi, wówczas rządzonymi przez ekipę George’a W. Busha. Bo inni „źli” – Irak, Libia oraz Korea Północna – szybko wypadali z gry. Reżim Saddama Husajna w Iraku upadł pod ciosami zachodniej koalicji w 2003 r. Wkrótce Libia porzuciła skromny potencjał nuklearny w zamian za ponowne wpuszczenie Muammara Kaddafiego na światowe salony. A Korea Północna niemal natychmiast odeszła od stołu rokowań, zbywając pogróżki Waszyngtonu, czego efektem był tuzin coraz silniejszych prób ładunków jądrowych, czemu Zachód mógł się tylko bezczynnie przyglądać. I właściwie nic nie stało na przeszkodzie, by Iran zachował się w ten sam sposób jak Pjongjang. Biorąc pod uwagę, jak wiele kosztowały Amerykanów interwencje w 25-milionowym Iraku czy 34-milionowym Afganistanie, to wojna z 80-milionowym Iranem byłaby dla USA drugim, z pewnością o wiele krwawszym, Wietnamem. Dlatego z nim cały czas rozmawiano.
O własnej atomówce marzył już ostatni szach Iranu Mohammad Reza Pahlavi. Zainicjowany jeszcze w latach 60. program rozwijał się niespiesznie, a rewolucyjne władze całkowicie go zarzuciły: zdecydowały koszty, chaos wywołany czystkami po rewolucji islamskiej, wreszcie niechęć twórcy teokratycznego reżimu – ajatollaha Chomeiniego – do broni nuklearnej, którą wówczas straszyły się zimnowojenne mocarstwa. Do pomysłu powrócono w latach 90., zwłaszcza gdy okazało się, że własną bombę A stworzył sąsiedni Pakistan, a Rosjanie zaproponowali Iranowi zbudowanie elektrowni atomowej w Buszehr. Skądinąd w kraju cierpiącym na niedobór energii elektrycznej taka siłownia była znacznie ważniejsza niż kilka głowic, ale w polityce nie zawsze liczy się pragmatyzm. Tak czy inaczej oba programy – militarny i cywilny – mogły się doskonale uzupełniać, o ile Teheran zacząłby dysponować infrastrukturą.
A ta zaczęła się pojawiać. Jak wspomina Baradei, po zamachach 11 września Amerykanie i inne służby wywiadowcze zaczęli dostarczać kolejnych poszlak wskazujących na to, że Iran rozwija program nuklearny. I Persowie wcale się tego nie wypierali. – Wkrótce was zaprosimy, wtedy wyjaśnimy sobie wszystko – odpowiedział szefowi MAEA zaczepiony o to pod koniec 2002 r. przedstawiciel Teheranu.
To wtedy zaczął się dyplomatyczny taniec, który docelowo miał potrwać 13 lat z okładem. Baradei już po kilku miesiącach miał możliwość przyjechać do irańskiego ośrodka badawczego w Natanz. Ówczesny szef Organizacji Energii Atomowej Iranu w niczym nie przypominał północnokoreańskich czy irackich dygnitarzy. – Oprowadzał mnie wręcz z dumą, chętnie odpowiadając na pytania – wspominał Baradei. Wtedy też zarysowała się linia obrony, której później Irańczycy trzymali się z żelazną konsekwencją: Teheran stawia na energetykę jądrową, chce i będzie wzbogacać uran do tych celów, wszystkie instalacje i surowiec zabezpiecza w oparciu o krajowy potencjał. Z czasem jednak inspektorzy i eksperci MAEA zaczęli przyłapywać Persów na coraz to nowych kłamstwach. Wirówki do wzbogacania uranu przypominały europejskie urządzenia, wpadano na tropy tajnych transakcji z Koreą Północną lub „ojcem pakistańskiej bomby atomowej” Abdulem Qadirem Khanem, który zmontował oplatającą cały glob siatkę handlu technologiami i sprzętem potrzebnym do budowy programów badań nuklearnych.
Ale najbardziej widowiskowy spektakl toczył się w gabinetach MAEA w Wiedniu. Irańczycy z emfazą zapewniali o pokojowych zamiarach. – Byłem świadkiem śmierci wielu moich rodaków z powodu broni chemicznej podczas wojny z Irakiem. Nie mógłbym nawoływać do dialogu pomiędzy cywilizacjami i jednocześnie wspierać rozwój broni nuklearnej – zarzekał się były prezydent Iranu, aż do śmierci szara eminencja tamtejszej polityki, Ali Haszemi Rafsandżani. – To takijja, tradycyjne perskie kłamstwo w obliczu zagrożenia – miał to kontrować egipski przywódca Hosni Mubarak.
„Gra pozorów” to drobiazgowa kronika bicia pięściami w blat stołu i prawionych sobie złośliwości, zrywania negocjacji przez obrażonych i oburzonych Persów – na przemian z Amerykanami – oraz rzadko kiedy wiarygodnych „wrzutek” na temat adwersarzy. Po drodze Biały Dom zlekceważył propozycję całkowitej rezygnacji z programu nuklearnego pod stosunkowo akceptowalnymi warunkami, za to do gry zaczęli się włączać nowi gracze: Izrael grożący użyciem siły (jej przejawem stały się najprawdopodobniej skrytobójstwa irańskich naukowców uczestniczących w programie czy użycie wirusa Stuxnet, który popsuł irańskie wirówki) czy państwa arabskie, które uznały, że jeśli Teheran zbuduje bombę, to i one mają prawo do własnego jądrowego arsenału. Prezydent Iranu w latach 2005–2013, Mahmud Ahmadineżad, wytaczając Zachodowi retoryczną wojnę, w zasadzie traktował program nuklearny jak fundament suwerenności kraju i centralny element dumy narodowej.
Już po kilku latach więc doniesienia o kolejnym „wstępnym kompromisie” były zbywane przez ekspertów i komentatorów wzruszeniem ramion. Nawet w 2014 r., gdy ekipie Obamy udało się wypracować pierwsze, tymczasowe porozumienia, nikt nie wierzył, że będą długotrwałe. A jednak po dwóch kadencjach rządów Ahmadineżada dojście do władzy Hasana Rouhaniego wydawało się być perskim wariantem pierestrojki. Głodny nowych rynków i surowców zachodni biznes napierał, niektóre amerykańskie firmy wyskoczyły nawet przed szereg i zaczęły inwestować w Iranie, mimo że Waszyngton dopiero rozluźniał embargo. Nagle zaczęło się liczyć to, co sprzyjało porozumieniu, a nie obiekcje – a status quo się nie różniło.
Paykany i boeingi
W polityce międzynarodowej rzadko zdarzają się małżeństwa z miłości. Relacje USA z Iranem plasują się najwyżej na poziomie nieco wymuszonego bieżącymi korzyściami konkubinatu. I to takiego, w którym partnerzy demonstrują swoją skrajną niezależność. Ani Ameryka nie pogodziła się z regionalnymi ambicjami Iranu, ani Persowie nie mają zamiaru pozwolić na to, by Waszyngton rozstawiał pionki na bliskowschodniej szachownicy według własnego widzimisię.
„Wielomiliardowe kontrakty stały się właśnie bezwartościowymi świstkami papieru” – alarmował po decyzji Trumpa brytyjski dziennik „The Guardian”.
To prawda. W ciągu ostatnich trzech lat w Iranie pojawili się najwięksi gracze z Zachodu – od przemysłu wydobywczego po motoryzacyjny i lotniczy czy giganta telekomunikacyjnego Vodafone. W grudniu 2016 r. wstępne umowy na odwierty w Iranie podpisał Royal Dutch Shell, w tym samym czasie francuski Total został najęty do rozwijania największego złoża gazu w kraju South Pars. Dyskretnie wokół Iranu kręciła się brytyjska BP (dyskrecja uzasadniona: ta sama firma, jeszcze jako Anglo-Iranian Oil Company, w 1953 r. doprowadziła do obalenia ówczesnego rządu w Teheranie, był to pierwszy w historii przewrót zorganizowany przez CIA). Na lokalnym rynku konkurują dwaj globalni giganci przemysłu lotniczego – Airbus i Boeing. Tylko kontrakty podpisane przez te dwa koncerny są warte 39 mld dol.
Straty poniosą też koncerny motoryzacyjne, zwłaszcza europejskie, które do Iranu weszły najwcześniej. Francuzi z Renault i PSA tradycyjnie cieszyli się sentymentem – paykany, auta będące symbolem porównywalnym do, powiedzmy, poloneza w Polsce, były od lat 70. oparte przede wszystkim na konstrukcji peugeota. Ale też podróż paykanem gwarantowała mocne wrażenia, ze smrodem spalin w części dla kierowcy i pasażerów włącznie. Nic zatem dziwnego, że Persowie z utęsknieniem czekali na alternatywę. Stąd też na szybkie wejście do Iranu zdecydowali się też Niemcy z Daimlera i Volkswagena. Tylko Renault miał produkować pod Teheranem 150 tys. aut rocznie.
Diagnoza brytyjskiej gazety może się okazać drastycznie celna. Amerykańscy urzędnicy już zapowiadają, że pozwolenia na handel z Iranem dla amerykańskich firm zostaną odwołane. Logika sankcji nakładanych na Waszyngton obejmuje też zagraniczne przedsiębiorstwa, które robią interesy z krajem objętym embargiem – co oznacza wybór: albo USA, albo Iran. Mało tego, w czasach prezydentury drugiego Busha można było usłyszeć opowieści o zniechęcaniu do inwestowania w Persji nawet tych firm, które formalnie działały poza branżami objętymi embargiem. Wystarczyło podpisanie kontraktu – już samo to pozwalało domniemywać, że wrogiemu państwu udzielana jest pośrednia pomoc. Wygląda na to, że z wielomiliardowych szans na biznes pozostanie znowu import perskich dywanów.
Wszystkie fronty na szachownicy
W przeciwieństwie do luźnych konkubinatów wystąpienie Trumpa może oznaczać początek gwałtownej walki między byłymi partnerami. Teheran zbudował swoją międzynarodową pozycję na szyitach. Na Bliskim i Środkowym Wschodzie stanowią oni 65-procentową większość w Iraku (Saddam Husajn i jego reżim mieli mniejszościową sunnicką proweniencję) i w Bahrajnie (tamtejsza monarchia to sunnicki reżim rządzący szyitami). Gdyby nie fakt, że od lat 30. ubiegłego stulecia nie przeprowadzono spisu powszechnego w Libanie, szyici byliby największą społecznością (choć pewnie nie większością) w tym kraju, co dawałoby im – zgodnie z lokalnym systemem politycznym – kluczowe stanowisko prezydenta. 15 proc. Pakistańczyków, od 35 do 40 proc. Jemeńczyków, co najmniej 10 proc. Afgańczyków, gdzieś między 10 a 25 proc. Saudyjczyków – to wszystko szyici. Potencjalna gigantyczna strefa wpływów, zwłaszcza gdyby zapewnić władzę tym, którzy stanowią większość.
Od kilku lat trwa w Jemenie rebelia szyickiego plemienia Huthi, a od trzech lat saudyjska interwencja w tym kraju, która miała położyć kres temu powstaniu. „Saudyjczycy ruszyli na wojnę z Huthi po części z obaw, że Iran rozszerza tam swoje wpływy” – pisze autorka opublikowanej w zeszłym roku książki „Yemen Endures. Civil War, Saudi Adventurism and the Future of Saudi Arabia”, Ginny Hill. „Powiadano, że Iran dostarcza broń Huthim, a także zapewnia finansowanie, szkolenie oraz dopływ danych wywiadowczych. Właściwie każdy, kto nieco znał się na rzeczy, poświadczał, że irańskie wpływy w Jemenie rosną. Ale rzeczywiste zaangażowanie Teheranu trudno oszacować, jako członek specjalnego panelu ONZ przekonałam się, że znalezienie twardych dowodów było bardzo trudne” – dorzuca.
Irańczycy takich frontów mogą otworzyć bez liku, nie tylko zresztą na podstawie szyickich społeczności w regionie. W Syrii stanęli – wraz z libańskim Hezbollahem – po stronie reżimu Baszara al-Asada, prezydenta reprezentującego tamtejszy odłam alewitów, wyznania bliskiego szyizmowi. Nic bardziej nie pomogło Asadowi w odzyskaniu kontroli nad sporymi połaciami kraju, choć kilka lat temu jego wpływy nie sięgały poza rogatki Damaszku. BBC podało, że w czwartek rano irańscy Strażnicy Rewolucji walczący w Syrii ostrzelali izraelskie pozycje na Wzgórzach Golan, na co Izrael odpowiedział zmasowanym bombardowaniem. W Palestynie mogą uzyskać spory wpływ na poczynania radykalnego Hamasu, ugrupowania konkurencyjnego wobec wywodzących się z Organizacji Wyzwolenia Palestyny władz Autonomii. Wysłannicy Teheranu od lat jeżdżą po całym świecie muzułmańskim, od Bałkanów po Malezję, mają sojuszników od Białorusi po Wenezuelę. Wystarczy zacząć ciągnąć za te sznurki, by wydatnie skomplikować politykę zagraniczną, jaką prowadzi – albo chce prowadzić – Waszyngton.
Dziennik Gazeta Prawna
Trudno o lepsze wieści dla Moskwy i Pekinu. Rosja jest już zaangażowana w globalną konfrontację z Ameryką i Zachodem, czego najlepszymi dowodami są obecność jej wojsk w Syrii, oskarżenia o mieszanie się w wybory za Atlantykiem lub choćby niedawny zamach na Siergieja Skripala w Londynie. Od marca trwa z kolei wojna handlowa, jaką Trump wypowiedział Chińczykom. Oba te mocarstwa przez lata dyskretnie wyłamywały się z antyirańskiego frontu w organizacjach międzynarodowych i światowej polityce. Rosjanie budowali Irańczykom elektrownię w Buszehr, odegrali też znaczącą rolę w formułowaniu warunków porozumienia nuklearnego tak, by były one akceptowalne dla Teheranu. Z kolei chińskie inwestycje były dla irańskiej gospodarki kroplówką zaaplikowaną w ciężkich czasach sankcji, a dzisiaj wręcz rozkwitły – Chińczycy w ubiegłym roku podpisali m.in. warty 1,5 mld dol. kontrakt na budowę linii szybkiej kolei na trasie Teheran – Maszhad. Alians Moskwy i Pekinu z Teheranem nigdy nie był bardzo bliski, ale dzięki temu był dosyć trwały – wedle zasady „wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem”. Nie inaczej będzie tym razem: otwierając nowy front, Biały Dom będzie zajęty gdzie indziej, a przez to – bardziej odsłonięty.
Góra z górą się nie spotka, człowiek z człowiekiem – zawsze może. To powiedzenie funkcjonuje w dziesiątkach języków na świecie, również w perskim, symbolizując otwarcie na dialog. Ale bywa, że Persowie nadają mu również nieco inny sens: okazja do zemsty może się nadarzyć zawsze.