Sukces skoczków narciarskich nie jest w stanie przykryć problemów organizacyjnych i finansowych innych dyscyplin zimowych
Reklama
Do zakończenia olimpiady w Pjongczangu zostały cztery dni. Dla polskich kibiców emocje skończyły się w poniedziałek, który był ostatnim dniem rywalizacji skoczków narciarskich. W Korei Płd. nasza reprezentacja była najliczniejszą w historii (62 osoby), a mimo to przywozimy tylko dwa medale, oba w skokach.
Pozostali nasi sportowcy wypadli przeciętnie albo słabo. Lepsza w klasyfikacji medalowej jest mała Holandia, jeszcze mniejsza Szwajcaria czy biedna Białoruś. Saneczkarz, który zapomniał maski i startował, ryzykując zdrowie, oraz panczenista przewracający się tuż po starcie najlepiej oddają kondycję polskich sportów zimowych. Świat nam odjechał i ciężko będzie go dogonić. Brak infrastruktury, odpowiedniego szkolenia, wysokiej klasy trenerów i pieniędzy to główne zarzuty olimpijczyków wobec związkowych działaczy.
Dobre wyniki w skokach nie są dziełem przypadku. Impuls do rozwoju dały sukcesy Adama Małysza. Dzięki nim pojawili się sponsorzy, zmodernizowano skocznie i zainwestowano w szkolenie zawodników. Efekty są i, jak zapewniają fachowcy, w najbliższych latach źródełko nie wyschnie. I na tym koniec dobrych wiadomości.

Reklama
Justyna Kowalczyk, która otwarcie krytykuje Polski Związek Narciarski, twierdzi, że powinien on zmienić nazwę na Polski Związek Skoków Narciarskich. – Świat poszedł do przodu, a my stoimy w miejscu. Osoby, które zajmują się sportami zimowymi w Polsce, powinny się zastanowić, co się stało – mówiła Kowalczyk. Ale nie tylko ona nie szczędzi cierpkich słów działaczom. Słuchając w Pjongczangu przedstawicieli innych dyscyplin, można odnieść wrażenie, że myślą podobnie. To, co udało się zbudować w skokach za sprawą małyszomanii, nie zostało wykorzystane w przypadku sportu Kowalczyk.
– Biegi narciarskie w Polsce powoli umierają. Głównym problemem jest brak miejsca do treningów. Nie ma choćby jednej profesjonalnej trasy ze sztucznym naśnieżaniem spełniającej wymogi FIS. Przed igrzyskami ćwiczyłem na rolkach. Gdy nie ma się odpowiednich warunków, ciężko zachęcić młodzież do uprawiania danego sportu – żali się Maciej Staręga, który w Pjongczangu w biegu na 15 km był 82. Jeśli wierzyć słowom prezesa PZN, sytuacja ulegnie poprawie, ale potrzeba na to czasu. – Na pewno w kolejnym czteroleciu poprawi się infrastruktura w naszym kraju – zapewnia Apoloniusz Tajner.
Brak bazy to nie tylko problem biegaczy. Ten sam kłopot mają saneczkarze, bobsleiści, alpejczycy czy łyżwiarze. – Żeby być w dobrej formie, trzeba trenować po kilka miesięcy za granicą, a to kosztuje. Nie każdego na to stać – podkreśla Staręga. Problemem jest też dostępność obiektów. – Nawet jak są, to nie spędzamy na nich tyle czasu, ile nasi rywale. Łyżwiarze figurowi na lodzie codziennie powinni być sześć godzin, a ja z moimi podopiecznymi jestem dwie – mówi trener Mariusz Siudek, były olimpijczyk.
Obiekty to nie jedyny kłopot. Brakuje też wizji rozwoju dyscyplin. – Dobrze byłoby, żeby niektórzy ludzie wkładali tyle pracy, ile ja wkładam w to serca. W PZN chyba nie ma osoby, która chciałaby przepychać projekty w ministerstwie. Brakuje nam też trenerów, którzy chcą się rozwijać – wylicza Staręga. Tajner odpiera te zarzuty. – Nie powiedziałbym, że coś zostało zawalone czy zaniedbane. To raczej subiektywne odczucia zawodników – twierdzi prezes związku.
Kolejny problem polskiego sportu zimowego to brak pieniędzy. Bez stypendium jest bardzo ciężko, a często i ono nie wystarcza. Rozgoryczona sytuacją Weronika Nowakowska po jednym z występów na igrzyskach nie wytrzymała krytyki ze strony kibiców, którzy zarzucili jej, że do Pjongczngu pojechała na wycieczkę. – Nie mogę już słuchać o olimpijskich turystach. Ja do sportu ostatnio dokładam trzykrotność mojego stypendium – podkreślała zawodniczka.
Gdy pominiemy sukcesy skoczków i spojrzymy na wyniki w innych konkurencjach, uświadomimy sobie, gdzie tak naprawdę jesteśmy. A może być jeszcze gorzej, bo oprócz Nowakowskiej kilku innych olimpijczyków zamierza przejść na emeryturę. Ich następców nie ma albo są słabsi od obecnych reprezentantów, a nikt nie zainwestuje wielkich pieniędzy w zawodników, którzy są u progu kariery i nie mają w dorobku sukcesów. Tyle że bez odpowiednich nakładów ich nie będzie, więc koło się zamyka.
– To, że jest kryzys w sportach zimowych, to fakt – mówi minister sportu. Według Witolda Bańki winę za taki stan rzeczy ponoszą związki sportowe. – One nie mają wizji na przyszłość, strategii rozwoju i planu szkolenia dzieci i młodzieży. Bez tego nie pójdziemy do przodu. W wielu związkach wciąż jest takie przekonanie, że skoro ministerstwo dawało pieniądze, to ma obowiązek płacić nadal. W sporcie wyczynowym musimy osiągać sukcesy. Jeśli ich nie ma, jeśli nie ma nawet pomysłu i planu, jak je osiągnąć, to w takie dziedziny się nie inwestuje – zaznacza Bańka.