Brytyjczycy chcieliby jak najprędzej rozpocząć rozmowy w sprawie umowy regulującej przyszłe stosunki z Unią. Są gotowi na ustępstwa.
Stanowisko Brukseli od samego początku rozmów jest jednak takie: najpierw musimy się dogadać co do warunków naszego rozwodu; o kształcie przyszłych relacji będziemy rozmawiać później. Londyn przez jakiś czas sprzeciwiał się takiemu stawianiu sprawy, ostatecznie jednak się zgodził. Przejście do kolejnego etapu negocjacji miało nastąpić podczas szczytu Rady Europejskiej w październiku.
Reklama

Reklama
Ale tak się nie stało. Szefowie rządów państw UE – od których zależy decyzja o odblokowaniu kolejnego etapu rozmów – doszli do wniosku, że negocjatorzy nie osiągnęli zadowalającego porozumienia. To postawiło premier Theresę May w bardzo trudnej sytuacji: odebrało jej możliwość nie tylko pochwalenia się przed wyborcami postępem w rozmowach rozwodowych z Unią, ale też okazję do zaprezentowania się jako silny przywódca, co uderzałoby w krytyków zarzucających jej słabość (zwłaszcza po niefortunnym przemówieniu na niedawnym zjeździe konserwatystów).
W obliczu twardej postawy europejskich partnerów brytyjska premier zdecydowała się na ustępstwa.
Najważniejsze dotyczy rachunku za brexit, czyli wysokości zobowiązań, które Wielka Brytania będzie ponosić na rzecz Unii nawet po wyjściu ze Wspólnoty. Mowa nie tylko o środkach, które Londyn wpłaciłby do unijnego budżetu w obecnej perspektywie finansowej, która kończy się w 2020 r. (Zjednoczone Królestwo przestanie być członkiem UE rok wcześniej), ale również o drobniejszych, a wieloletnich zobowiązaniach, tj. emeryturach dla brytyjskich europosłów.
Bruksela nigdy nie przedstawiła publicznie swoich szacunków w tej sprawie, ale mówiono nawet o kwotach sięgających 100 mld euro (oczywiście nie w formie jednorazowej wypłaty). Brytyjczycy dotychczas deklarowali chęć poniesienia kosztów znacznie mniejszych niż połowa tej sumy (mówiła o tym pod koniec września premier May w przemówieniu we Florencji, które przez twardogłowych zwolenników brexitu było widziane jako ustępstwo). Downing Street 10, nie widząc jednak pola manewru w tej kwestii, zdecydowało się przystać na warunki Brukseli. Na razie żadna ze stron nie chce podać wysokości ostatecznej kwoty, ale może ona sięgnąć 50 mld euro.
Inną kontrowersyjną kwestią są prawa obywateli Unii Europejskiej na Wyspach, w tym kwestia tego, czy będą oni objęci ochroną Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Także w tej kwestii początkowy opór Brytyjczyków najprawdopodobniej zostanie przełamany. Nie było to jednak proste, bowiem jednym z podstawowych argumentów zwolenników opuszczenia UE było zniesienie zwierzchności sądów europejskich nad krajowymi. Najbardziej kontrowersyjną kwestią jest jednak pytanie o granicę między Irlandią a Irlandią Północną. Bruksela, mówiąc w tej kwestii głosem Dublina, opowiada się za utrzymaniem stanu zbliżonego do obecnego: granicy otwartej.
Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk dał Brytyjczykom czas do 4 grudnia, aby przedstawili własne, zadowalające propozycje we wszystkich trzech najbardziej kontrowersyjnych punktach. Tusk chce, aby państwa UE miały czas na zapoznanie się z brytyjską pozycją przed zbliżającym się szczytem Rady Europejskiej, który odbędzie się 14–15 grudnia.
Theresa May sporo ryzykuje, przyjmując taktykę ustępstw względem Unii, przede wszystkim krytykę ze strony twardogłowych, którzy powtarzają, że brak jakiegokolwiek porozumienia z UE jest lepszy, niż gdyby UK zdecydowało się na mocno niekorzystne warunki. Już teraz pojawiły się głosy, że przyjęcie tak wysokiej kwoty zobowiązań idzie w poprzek obietnicom składanym podczas kampanii referendalnej.
Brytyjskiej premier ten gambit może się jednak opłacić: poświęca kilka miliardów funtów, na które prawdopodobnie i tak musiałaby przystać („Financial Times” napisał, że ekipa brytyjskich negocjatorów uznała prawne podstawy dla unijnych roszczeń), aby zyskać w oczach partnerów i przez to zwiększyć szansę na wynegocjowanie lepszej umowy regulującej stosunki UK z UE już po wyjściu z Unii. Jest to ważne tym bardziej, że dotychczasowe propozycje, jakie padały ze strony Londynu, zostały po drugiej stronie kanału La Manche odebrane jako fantazje. Brytyjski rząd w wakacje opublikował opracowanie, w którym przedstawił propozycje pozostania z UE w unii celnej.
Szefowa brytyjskiego rządu być może chce również otworzyć partnerów z UE na inny pomysł, jakim jest wynegocjowanie umowy przejściowej, w trakcie której Wielka Brytania pozostałaby stowarzyszona z UE na dotychczasowych zasadach. Przy okazji dałoby to Brytyjczykom czas na logistyczne przygotowanie, w tym dostosowanie systemów informatycznych do wymogów pobrexitowej rzeczywistości.
Konserwatyści chcieliby jednak jak najprędzej dać odetchnąć biznesowi na Wyspach, który cały czas obawia się o to, w jakiej rzeczywistości odnajdzie się po marcu 2019 r. Im szybciej przedsiębiorstwa dowiedzą się, w jakim reżymie prawnym będą funkcjonować, tym prędzej wróci do nich pewność i zaczną z powrotem inwestować. W III kwartale tego roku inwestycje wzrosły zaledwie o 0,2 pkt proc. w stosunku do analogicznego okresu w ub.r.