W momencie, gdy szef Amber Gold Marcin P. został aresztowany i okazało się, że to jest kwestia 800 mln zł, to wtedy mogę powiedzieć, że otworzyłem oczy - powiedział znajomy Katarzyny i Marcina P., b. gdański dominikanin Jacek Krzysztofowicz.
Reklama

Dodał, że do momentu aresztowania P. był przekonany, że małżeństwo Marcina i Katarzyny P. jest uczciwe. Szef Amber Gold Marcin P. został zatrzymany i trafił do aresztu w sierpniu 2012 r., a jego żona została aresztowana w kwietniu 2013 r. Od marca 2016 r. przed gdańskim sądem okręgowym trwa ich proces.

Krzysztofowicz zeznał, że latem 2012 r. przed zatrzymaniem P. spotykał się z małżeństwem P. "właściwie codziennie". "Oni funkcjonowali jakby byli zaszczuci i ja właściwie byłem jedynym człowiekiem, który stał po ich stronie i się od nich nie odwracał" - powiedział.

W środę po południu przed komisją zeznaje b. dominikanin Jacek Krzysztofowicz (odszedł z zakonu na początku 2013 r.). W czerwcu Marcin P. mówił komisji, że z duchownym łączyły go przyjacielskie relacje. Dodał, że wsparł też gdański klasztor dominikanów kwotą 1,5 mln zł. Pieniądze te pochodziły z Amber Gold i zostały przeznaczone na remont trzech ołtarzy i kaplicy w kościele św. Mikołaja.

B. rzecznik i b. członek rady nadzorczej Amber Gold Michał Forc zeznając przed komisją w końcu września określił Krzysztofowicza, jako "duchowego mentora" Marcina i Katarzyny P., z którym "często się spotykali" i rozmawiali o "ogólnych sprawach prywatnych".

Pytany, na czym polegała jego znajomość z małżeństwem P. świadek odpowiedział, że "zastanawia się, jakich słów użyć". "Kiedy jest się duchownym, to się wchodzi w zażyłe relacje z różnymi ludźmi. I to była tak relacja związana z taką ludzką obecnością, że dawałem im ślub, towarzyszyłem im w różnych dramatach rodzinnych, prowadziłem pogrzeb ojca" - powiedział.

"Jeżeli relacje między księdzem a drugim człowiekiem nazwać prywatną, to były prywatne relacje" - podkreślił Krzysztofowicz. Zaznaczył, że jego decyzja o odejściu ze stanu duchownego nie miała żadnego związku ze sprawą Amber Gold.

Mówiąc o małżeństwie P. ocenił, że "generalnie oni unikali dziennikarzy, byli nietypowymi biznesmenami, ponieważ do ostatniej chwili funkcjonowali bez wizerunku publicznego, ukrywali się, czego do końca nie rozumiałem". "Zakładałem, że są uczciwi i nie rozumiałem dlaczego to robią i sądziłem, że to szkodzi firmie" - powiedział.

Natomiast b. dyrektor biura bezpieczeństwa Amber Gold Krzysztof Kuśmierczyk zeznawał przed komisją pod koniec września, że w sierpniu 2012 r. było polecenie zarządu, by do kogoś wywieźć złoto Amber Gold. "Dokładnej daty nie pamiętam. Mówiono o jakimś Jacku" - wskazał zaznaczając, że nie wie, o jakiego Jacka chodzi.

"Nic z tego nie wyszło. Nic mi nie wiadomo, żeby złoto do mnie przewieźli. Nic nie wiedziałem o przewiezieniu żadnego złota" - powiedział Krzysztofowicz odnosząc się do zeznań Kuśmierczyka. Odpowiadając na pytanie przewodniczącej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS) sprecyzował, że u niego w klasztorze w Gdańsku nie odbyło się przeszukanie.

Dodał, iż wiedział, że Marcin P. był skazany - "on tego nie ukrywał". Jak zaznaczył świadek P. utrzymywał, iż "był to błąd młodości, a on wszystko spłacił, co później okazało się nieprawdą". "Jest taki mechanizm psychologiczny, że jak się raz w coś uwierzy to się generalnie odsuwa fakty, które przeczą tej teorii. Ja im po prostu uwierzyłem, że są uczciwi i prawdopodobnie byłem ostatnim człowiekiem w Polsce, który przestał w to wierzyć" - ocenił Krzysztofowicz.