Jedyne, co spaja władze katalońskie, to chęć oderwania się od Hiszpanii. Na razie to nie przeszkadza, ale w przyszłości może być problemem. W sporze z Madrytem katalońskie władze wykazują się nie tylko determinacją, ale i nadspodziewaną jednością. Rząd w Barcelonie tworzy bowiem bardzo szeroka światopoglądowo koalicja, dla której niepodległość jest właściwie jedynym punktem wspólnym.
Zwolenników secesji więcej w referendum niż w parlamencie / Dziennik Gazeta Prawna
Według źródeł w lokalnych władzach proklamowanie niepodległości może nastąpić już w poniedziałek. Tego dnia ma zebrać się parlament regionu (początkowo sesję planowano na koniec bieżącego tygodnia). Ponieważ i Madryt, i Barcelona usztywniają stanowiska, należy się spodziewać, że katalońscy deputowani nie będą zwlekali ze zrobieniem następnego kroku. Na koniec tego lub początek przyszłego tygodnia wskazał też podczas wtorkowej rozmowy z BBC szef katalońskiego rządu Carles Puigdemont.
O ile rząd centralny w Madrycie nie zdecyduje się na radykalne rozwiązanie, którym może być zawieszenie autonomii separatystycznego regionu i aresztowanie jego przywódców, o tyle właśnie 54-letni Puigdemont zostanie głową nowego państwa, przynajmniej do czasu nowych wyborów. Biorąc pod uwagę, że jeszcze dwa lata temu był burmistrzem niespełna 100-tysięcznej Girony, to dość efektowna kariera.
Puigdemont objął funkcję przewodniczącego władz katalońskich (Generalitat de Catalunya) w styczniu zeszłego roku jako kompromisowy kandydat, który miał przełamać impas powstały po wyborach do regionalnego parlamentu, które odbyły się w październiku 2015 r. Wygrała je szeroka proniepodległościowa koalicja Junts pel Si (Razem na Tak), w skład której wchodzą ugrupowania od bardzo lewicowych do chadecji i konserwatystów. Ale Junts pel Si uzyskała niespełna 40 proc. głosów i 62 mandaty w 135-osobowym parlamencie. Po długich negocjacjach stanęło na tym, że mniejszościowemu rządowi udzielać wsparcia będzie radykalnie lewicowa Partia Jedności Ludowej (CUP), ale pod warunkiem że na czele gabinetu nie będzie stać zbyt konserwatywny dla CUP dotychczasowy przewodniczący Artur Mas. Wtedy właśnie pojawiła się kandydatura ówczesnego burmistrza Girony.
W przeciwieństwie do Masa, który na pozycje secesjonistyczne przeszedł dość niedawno, Puigdemont sprawie niepodległości Katalonii był oddany od lat, jeszcze w czasach, gdy ta idea była zupełnie na marginesie życia politycznego. – W Katalonii wiele osób stało się separatystami, bo alergicznie reagowało na politykę Madrytu, ale to nie jego przypadek – mówi agencji AFP kataloński pisarz Antoni Puigverd, znajomy Puigdemonta. W 1991 r. przyszły premier, pracując jako dziennikarz w lokalnej gazecie w Gironie, rozpoczął kampanię na rzecz zmiany pisowni nazwy miasta z obowiązującej wówczas kastylijskiej wersji Gerona na katalońską. Jak wspominają jego wydawcy i koledzy z tamtych czasów, Puigdemont starał się przeforsować w gazecie każdą informację związaną z samostanowieniem Katalonii, niezależnie od tego, jakkolwiek błaha by była. Kilka lat później zaangażowany był w tworzenie podlegającej władzom katalońskim agencji prasowej. Dziennikarstwo porzucił na rzecz polityki w 2006 r., gdy z ramienia dominującej przez lata w katalońskiej polityce centroprawicowej partii Konwergencja i Związek (CiU) został wybrany do katalońskiego parlamentu. Od 2011 r. łączył mandat deputowanego z funkcją burmistrza Girony. W 2014 r., pełniąc tę ostatnią funkcję, oficjalnie zwrócił się do księżniczki Eleonory, córki obecnego króla Hiszpanii Filipa VI, by zaprzestała używania przysługującego jej tytułu księżnej Girony. To antymonarchistyczne wystąpienie z pewnością pomogło później w zaakceptowaniu jego osoby przez CUP.
Puigdemont jest najwyraźniej zręcznym politykiem, skoro udaje mu się kierować rządem nie dość, że rozbieżnym ideologicznie, to jeszcze de facto mniejszościowym (premier Hiszpanii Mariano Rajoy też nie ma większości w parlamencie i musi uciekać się do poparcia mniejszych partii). Jego zastępcą jest historyk z wykształcenia i były wykładowca akademicki Oriol Junqueras, szef Republikańskiej Lewicy Katalonii (ERC). To druga co do wielkości frakcja w Junts pel Si, a zarazem partia, której nie zawsze było po drodze z CiU – w poprzedniej kadencji parlamentu Junqueras był liderem opozycji wobec rządu Artura Masa. Trzecią co do znaczenia osobą w katalońskim rządzie jest odpowiadający za sprawy zagraniczne Raül Romeva, który w wyborach z 2015 r. otwierał listę wyborczą Junts pel Si. Wówczas startował jako niezależny, ale wywodzi się z niewielkiego ugrupowania Inicjatywa dla Katalonii – Zieloni, które – jak wskazuje choćby nazwa – ma silny profil ekologiczny.
W ostatnich tygodniach, gdy spór z władzami w Madrycie wokół referendum niepodległościowego się zaostrzył, nie było widać żadnych rozdźwięków między liderami tych partii. Ale jeśli Katalonia zdoła się oderwać od Hiszpanii, te będą nieuniknione. O ile wszystkie partie tworzące koalicję Junts pel Si mają wspólny cel, o tyle różnią się tym, jak niepodległa Katalonia ma wyglądać. Krytycy Puigdemonta stawiają mu zresztą zarzut, że forsuje niepodległość regionu, nie przedstawiając żadnych konkretów co do przyszłego ustroju (poza tym, że ma to być republika). Szef katalońskich władz odpowiada jednak, że w tej chwili nie to jest priorytetem. – Jeśli jesteś głodny, wiesz, że chcesz jeść. Nawet jeśli nie wiesz, co jest w menu – i być może nie będzie to twoje ulubione danie – ale pomimo to będziesz chciał jeść – powiedział w jednym z wywiadów.