Premier Solberg sprawnie przeprowadziła kraj przez kryzys wywołany spadkiem cen ropy. W niedzielnych wyborach ma szansę na drugą kadencję. Niespodziewany zwrot na finiszu kampanii przedwyborczej w Norwegii. Dzięki poprawiającej się kondycji tamtejszej gospodarki to rządząca centroprawica pod kierownictwem premier Erny Solberg wysunęła się na prowadzenie w sondażach.
Jeśli w poniedziałek wygra, będzie to historyczne wydarzenie, bo Partii Konserwatywnej jeszcze nigdy nie udało się sprawować władzy przez dwie kolejne kadencje.
– Spodziewamy się, że w przyszłym roku kontynentalna gospodarka (czyli z wyłączeniem sektora wydobywczego na Morzu Północnym – red.) będzie się rozwijać szybciej niż średnia wieloletnia. To pokazuje, że polityka rządu przynosi efekty. Po największym od dziesięcioleci szoku dla norweskiej gospodarki mamy znowu wzrost – mówiła kilka dni temu Solberg.
Szok, o którym wspominała, to załamanie się cen ropy naftowej na światowych rynkach w połowie 2014 r. Norwegia jest największym w Europie Zachodniej producentem ropy i gazu ziemnego, które łącznie zapewniają jej ponad połowę przychodów z eksportu. O tym, jak mocno bessa na rynku uderzyła w Norwegię, najlepiej świadczą statystyki zatrudnienia – w zeszłym roku w sektorze naftowym i firmach z nim związanych pracowało 185 tys. osób, czyli o 47 tys. mniej niż w 2013 r.
Reklama
Obniżenie podatków

Reklama
Spadek cen ropy nastąpił kilka miesięcy po tym, jak władzę objął mniejszościowy rząd Partii Konserwatywnej i Partii Postępu. Premier Solberg zdecydowała się na obniżenie podatków dla osób fizycznych i przedsiębiorstw, przy jednoczesnym zwiększeniu inwestycji państwowych. To ostatnie było możliwe dzięki nadprogramowemu sięgnięciu – po raz pierwszy w historii – do oszczędności zgromadzonych w państwowym funduszu majątkowym.
Mimo że kryzys nie był w żaden sposób winą rządu, odbił on się na jego notowaniach. To, że opozycyjna Partia Pracy prowadziła w sondażach, nie jest niczym niezwykłym, bo zajmowała ona pierwsze miejsce we wszystkich wyborach od 1927 r. (także w tych przed czterema laty), ale wraz z potencjalnymi partnerami miała wyraźną przewagę nad obecną koalicją i dwoma wspierającymi ją ugrupowaniami centrowymi.
Prawicowa koalicja górą
Od początku roku potencjalna centrolewicowa koalicja miała bezpieczną kilkupunktową przewagę nad centroprawicową i wszystko wskazywało, że nowym premierem zostanie szef Partii Pracy Jonas Gahr Store. Tymczasem w połowie sierpnia, gdy oficjalnie ruszyła kampania, trend się odwrócił. Poparcie dla Partii Pracy i konserwatystów niemal się zrównało (w jednym z sondaży nawet ci drudzy prowadzą), a co istotniejsze, teraz centroprawicowa koalicja ma kilka punktów przewagi. Taki wynik byłby ogromnym sukcesem Solberg. Konserwatyści po raz ostatni zajęli pierwsze miejsce w wyborach w 1924 r., a później udało im się jeszcze kilka razy stanąć na czele koalicji rządowej, ale nigdy nie wytrwała ona dwóch pełnych kadencji.
Gospodarka sprzyja Solberg – w drugim kwartale tego roku urosła o 0,7 proc. w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami. Okres styczeń–czerwiec z 1,3-proc. wzrostem był najlepszym, odkąd Solberg objęła władzę. W tym czasie bezrobocie spadło do poziomu 4,3 proc. (choć w szczytowym momencie kryzysu wzrosło tylko do 4,9 proc.). To wszystko wytrąca Partii Pracy powtarzane przez miesiące argumenty, że rządowi brakuje kompetencji w sprawach gospodarczych.
Szanse Partii Pracy dodatkowo osłabia sam Store, który będąc milionerem dzięki odziedziczonej po ojcu fortunie, nie jest zbyt wiarygodny w roli lidera centrolewicowego ugrupowania mówiącego o rosnących dysproporcjach majątkowych w norweskim społeczeństwie.
W tej sytuacji tym, co najbardziej teraz powinno niepokoić norweską premier, jest to, czy dwie partie, które wspierają jej mniejszościowy rząd, przekroczą 4-proc. próg wyborczy. W norweskim systemie, gdzie w parlamencie jest osiem partii, to wynik tych małych ugrupowań zwykle przesądza o tym, kto będzie rządził.