O wykładni historycznej prawa czytamy niemal wyłącznie w podręcznikach. Rzadko odwołujemy się do niej w codziennej interpretacji przepisów prawnych, wolimy skupiać się, co naturalne i najłatwiejsze, na warstwie logiczno-językowej aktów normatywnych, jeszcze od biedy odwołamy się czasami do zasad wykładni systemowej.
Tymczasem bardzo istotny jest także cel wprowadzenia danej regulacji, a tego nie da się zidentyfikować bez historycznego kontekstu stanowionego nowego prawa. Po to było ono przecież wprowadzane, by coś zmienić, albo utrwalić jakiś rodzaj praktyki. Ten aspekt prawodawstwa powinien mieć na celu przede wszystkim ustawodawca i w równym stopniu projektodawca nowego rozwiązania. W przeciwnym wypadku zamiast naprawiać, możemy to i owo popsuć. Trudno się oprzeć takiej refleksji, będąc zdystansowanym obserwatorem natychmiastowej akcji legislacyjnej w reakcji na zajścia uliczne z ostatniego 11 listopada.
Ustawa o zgromadzeniach została uchwalona w 5 lipca 1990 r. – a zatem w bardzo szczególnym okresie początków naszej transformacji, kiedy to z postkomunistycznego chaosu powoli wyłaniał się nowy kształt państwa. Dopiero co wybrane zostały zupełnie nowe rady gmin (27 maja), w czerwcu i lipcu wybierano zarządy – wtedy wieloosobowe i zależne od rad. Urzędnicy zostali pozbawieni statusu pracowników państwowych, co osłabiało ich pozycję. Mieliśmy już wojewodów z nowego politycznego rozdania, niedoświadczonych, kierujących rządową administracją odziedziczoną w całości po poprzednim systemie, ale bez możliwości wykonywania zdecydowanych ruchów kadrowych. W efekcie, z jednej strony tamten czas cechował nadmierny optymizm co do możliwości samorządu w ogóle, a z drugiej strony pewien dystans, żeby nie powiedzieć nieufność, wobec administracji rządowej.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.