Jest takie powiedzenie, że każdy polityk jest niewolnikiem idei jakiegoś zmarłego (częściej) lub żyjącego (rzadziej) ekonomisty. Tak było w przeszłości, tak jest teraz. Są takie kraje, np. anglosaskie albo Polska (co być może wynika z tego, że minister Rostowski studiował w Wielkiej Brytanii), które wydają się stosować w praktyce metody rekomendowane przez lorda Keynesa. Ale są też takie kraje jak Niemcy, które z powodu traumatycznych doświadczeń z hiperinflacją Republiki Weimarskiej stosują zasady dyscypliny finansowej nawet w czasach kryzysu.
Czasami wielkie idee są tworzone po to, żeby ułatwić koncernom z bogatych krajów łatwy dostęp do rynków krajów rozwijających się. Tak było w przypadku zasad konsensusu waszyngtońskiego – stabilizuj, prywatyzuj, liberalizuj – który przez minione dwie dekady był traktowany przez wielu polityków jak religia. Po latach widać jednak, że ślepe i bezrefleksyjne stosowanie tych zasad doprowadziło do wielu patologii, a w niektórych krajach do kryzysu.
Przed nami kolejna wielka wojna idei. Jest fundamentalnie ważna, bo dotyczy każdego z nas, a to, po której stronie opowiedzą się politycy, będzie miało daleko idące konsekwencje. Rzecz dotyczy naszych emerytur. Oto, na czym polega ta wojna idei.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.