Zupełnie niedawno – kilka miesięcy temu – dyskutowany był problem kadr w spółkach Skarbu Państwa. Na porządku były dwie kwestie: wyłanianie (i nadzorowanie) kadr menedżerskich oraz ich wynagradzanie. Zwracano uwagę na patologiczne upolitycznienie procesu wyłaniania kadr i równie patologiczny sposób ich wynagradzania. Źródła tego drugiego problemu upatrywano – po części słusznie – w ustawie kominowej drastycznie ograniczającej menedżerskie wynagrodzenia.
Oczywiście w praktyce menedżerowie w spółkach Skarbu Państwa nie zarabiali na ogół źle, ponieważ chałturzyli w spółkach zależnych jako członkowie (lub szefowie) ich rad nadzorczych – z odpowiednio wysokimi apanażami. To prowadziło do absurdalnego zróżnicowania wynagrodzeń i skłaniało do podejrzenia, że zależne spółki tworzy się tylko po to, żeby naprawdę ważni prezesi mogli wziąć dużą kasę. Ta praktyka domagała się pilnej zmiany. I realne zmiany zaszły.
Nie zmieniono jednak ustawy kominowej ani nie ukrócono praktyki „spółkowania”. Coraz powszechniejsze (jeżeli nie całkiem powszechne) stały się w spółkach Skarbu Państwa umowy menedżerskie. Prezesi otrzymują gigantyczne wynagrodzenia, premie, a ponadto zyskują prawo do liniowego (niskiego) opodatkowania, no i mogą płacić składkę ubezpieczeniową od... podstawy 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Czy utracili rady nadzorcze – nie wiadomo. Ale nawet jak utracili, to obecnie ich materialny status jest być może lepszy niż menedżerów spółek prywatnych.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.