Temat nierówności zaczął w końcu wdzierać się do rodzimej dyskusji o ekonomii. I dobrze, bo w naszym neoliberalnym raju zbyt dużo było przyzwolenia na rozjeżdżanie się społeczeństwa.
Takie nazwiska, jak Piketty, Saez czy Atkinson, i u nas zaczynają gościć pod strzechami. A ich „herezje” nie budzą już takiego oporu jak kiedyś. Niech państwo spróbują powiedzieć dziś głośno i w towarzystwie, że „kapitalizm i rynek pozostawione samemu sobie generują nierówności majątkowe” albo „nierówności mają negatywny wpływ na rozwój gospodarczy”. Jeszcze dziesięć czy nawet pięć lat temu wygłaszający je śmiałkowie mogli mieć pewność, że zostaną wzięci za nieszkodliwych idiotów, którymi nie należy sobie przesadnie zawracać głowy. A dziś? Dziś napotkacie raczej życzliwe zainteresowanie. Może nawet ktoś was poklepie po plecach i powie coś w stylu „nawet ekonomia wreszcie przejrzała na oczy”. I to jest właśnie miara zmiany, która się dokonała w głównym nurcie debaty w minionych kilkunastu miesiącach. Również w Polsce.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.