Reklama

Podczas spotkania Macrona i Johnsona przy okazji zakończonego w niedzielę szczytu G7 w Kornwalii doszło do dyplomatycznego zgrzytu. Johnson próbował wyjaśnić prezydentowi Francji brytyjską frustrację, związaną z protokołem w sprawie Irlandii Płn., powołując się na przykład hipotetycznych kiełbasek, które nie mogłyby być wysłane z Tuluzy do Paryża.

Macron odpowiedział, że porównanie jest chybione, ponieważ te miasta leżą w tym samym kraju. Strona brytyjska zareagowała oburzeniem, uznając to za sugestię, iż Irlandia Płn. nie jest częścią Zjednoczonego Królestwa.

Macron w niedzielę łagodził sytuację zapewniając, że Francja nigdy nie pozwoliłaby sobie na kwestionowanie brytyjskiej suwerenności, ale nie zrezygnuje z wynegocjowanych ustaleń. Francuska prasa opisywała incydent jako "wojnę kiełbaskową" i wysoko oceniła wystąpienie swojego prezydenta, który zdaniem komentatora BFM TV, "usadził Johnsona".

Francuscy dziennikarze bardzo pochlebnie wyrażają się też o Bidenie i jego współpracy z Francją, choć jeszcze w sobotę dziennik "Le Figaro" wzywał w komentarzu redakcyjnym "partnerów USA" do "wydobycia się z duszącego uścisku amerykańskiego przyjaciela". "Le Monde" pisał z kolei, że "Macron subtelnie odcina się od Bidena". Po zakończeniu szczytu w niedzielę francuskie media nie szczędzą jednak pochwał Bidenowi. Zdaniem BFM TV amerykański prezydent dał na szczycie "nowy początek multilateralizmowi".

Sam Macron na konferencji po zakończeniu szczytu mówił o "wspólnej wizji z Bidenem" i nazwał prezydenta USA "przyjacielem Francji".

Prof. Christophe Bouillaud, politolog z Instytutu Studiów Politycznych w Grenoble, powiedział w rozmowie z PAP: "Jest pewna ambiwalencja w stosunku Francuzów do Amerykanów – to klasyczna mieszanina miłości z nienawiścią. Dlatego tak łatwo pluć na nich jednego dnia i wychwalać nazajutrz".

A na pytanie o całkowitą zmianę w komentarzach, odparł: "dziennikarstwo coraz bardziej przypomina chorągiewkę na wietrze. Żyjemy w kraju, w którym dziennikarze niewiele analizują i powtarzają to, co mówią rządzący".

"Od deklaracji do decyzji jest bardzo daleka droga, o czym świadczy historia G7. Pamiętam bardzo wiele deklaracji i żadnych decyzji" - skomentował z kolei w stacji France Info szczyt w Kornwalii politolog Bertrand Badi.