Populizm: Od „pustej obelgi” do naukowej definicji. Jak partie polityczne w Polsce grają na emocjach?

populizm
populizmShutterstock
dzisiaj, 18:23

Czy populizm to tylko inwektywa rzucana w przeciwnika, czy mierzalne zjawisko polityczne? Dr Jakub Krupa analizuje, jak na przestrzeni dwóch dekad zmieniały się programy polskich partii, dlaczego rok 2015 był momentem przełomowym i czy w dzisiejszej debacie publicznej ktokolwiek jest jeszcze wolny od populistycznych metod komunikacji.

Populizm coś jeszcze dziś oznacza?

Tak, ale to zależy od tego, jaką przyjmiesz definicję. Nasz problem w debacie publicznej polega na tym, że mimo iż tego terminu używa się ciągle, to prawie w ogóle się go nie definiuje. To pojęcie zostało wyprane ze znaczenia, stało się pustą obelgą.

Dlaczego?

W debacie medialnej to znaczy mniej więcej: „Nie zgadzam się z tobą, twój pogląd jest gorszy niż mój”. W tym sensie to słowo używane w podobny sposób jak kiedyś faszyzm czy nacjonalizm. Rzuca się nimi na prawo i lewo, żeby obrazić przeciwnika politycznego. Nie rusza mnie, gdy robi to przeciętny Kowalski. Gorzej jednak, gdy tak to słowo traktują dziennikarze czy – przede wszystkim – naukowcy.

Jaka jest geneza tej obelgi?

W literaturze popularnonaukowej populistami od wielu lat nazywa się skrajną lewicę, skrajną prawicę czy w ogóle partie będące poza systemem politycznym. Podręczniki oksfordzkie wzrost zainteresowania populizmem datują na lata 60 i 70. XX wieku.

A w Polsce? Od kiedy nawzajem sobie wymyślamy w ten sposób?

Jak stwierdził Lesław Maleszka w filmie „Trzech kumpli”: „To jest bardzo dobre pytanie”. Z jednej strony można by mówić o kampanii prezydenckiej z 1990 roku i pojedynku Stan Tymiński-Lech Wałęsa, ale z drugiej – wcześniejszym ruchem, który można by zaklasyfikować do populizmu, była „Solidarność”. Zestawienie obu tych zjawisk niewiele nam powie. Wydaje mi się, że użycie tego pojęcia jako inwektywy przyszło do nas później.

Mam wrażenie, że przez ostatnie lata przyjęło się myśleć, że populizm w Polsce równa się Prawo i Sprawiedliwość.

Wrażenie słuszne. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Takie powierzchowne rozumienie populizmu nic nam nie wnosi do zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości. Przez ostatnie kilka lat próbowałem nie tyle bronić populizmu jako takiego, co bronić tego pojęcia jako jakkolwiek użytecznego. Bo jeśli chcemy się nim odpowiedzialnie posługiwać, to musimy wyodrębnić jakąś konkretną dziedzinę, którą miałoby ono opisywać.

Przeanalizowałeś programy partii politycznych od 2001 do 2023 roku pod kątem występowania populizmu. Jak go na potrzeby tej pracy zdefiniowałeś, żeby miało to jakiś sens i coś znaczyło?

W literaturze anglojęzycznej możemy wyróżnić przynajmniej cztery sposoby rozumienia tego zjawiska. Ideacyjne, czyli postrzegające populizm jako ideologię lub ideologię o „cienkim rdzeniu” – taką, która nie tłumaczy całej rzeczywistości, a wyłącznie jej fragment. W tej optyce społeczeństwo podzielone jest w sposób ostateczny na dwie jednorodne i antagonistyczne grupy: „czysty” lud i skorumpowaną elitę. Strategiczną, opierającą się o charyzmatycznego lidera, gdzie ważniejsze jest to, co się robi, a nie to, co się mówi. Socjo-kulturową, w myśl której – w skrócie – populizm jest tym, co na „dole”, gdy obrócimy osie światopoglądowe i ekonomiczne o 45 stopni: konserwatywny światopogląd i protekcjonizm gospodarczy.

Czwarta zaś zakłada, że jest to pewna logika dyskursu. To, co ja przyjąłem za definicję, jest pewnym kompromisem pomiędzy strategią a dyskursem właśnie.

Co to w praktyce oznacza?

Mamy więc – znowu – cztery elementy: lud, do której się odwołujemy; elitę, którą – niezależnie od jej charakteru – o coś oskarżamy; wroga i nas, którzy reprezentujemy „lud” w kontrze do „nich”. Wróg to pojęcie bardzo silne, ale jest on na końcu pewnego kontinuum wykluczenia – wcześniej mamy jeszcze innego, obcego czy przeciwnika, w zależności od natężenia krytyki. Wróg może być ekonomiczny, polityczny, prawny, kulturowy czy – ostatnio popularne u nas – geograficzny, np. Ukraińcy. W schemacie populistycznym często jest tak, że ów wróg współdziała z elitą, np. gdy ta „rozdaje nasze pieniądze” uchodźcom lub imigrantom.

Jakie elity najczęściej były krytykowane przez polskie partie?

To akurat dość jasne: polityczne. Rząd – obecny albo poprzedni – partie polityczne („patriokracja”) czy poszczególnych polityków wymienianych z imienia i nazwiska jak w 100 konkretach Koalicji Obywatelskiej z 2023 roku. Wyjątkiem może być Ruch Palikota z 2011 roku, który często uderzał w elity państwowe, np. urzędników, czy Razem z 2015, krytykujące elity ekonomiczne. Co ciekawe, na przestrzeni 20 lat, przynajmniej w mojej analizie, wzrosła wśród naszych ugrupowań krytyka elit, a osłabła tendencja do wskazywania wroga.

Z czego to wynika?

Być może decydenci partyjni zorientowali się, że trzeba iść szeroko i nie wykluczać żadnych grup, szczególnie wewnątrz wspólnoty politycznej, bo potencjalnie mogą to być ich przyszli wyborcy. A jeśli wskażemy tych ludzi palcem, to możemy ich do siebie zrazić.

W zasadzie jestem daleki od tego, żeby kogoś jednoznacznie nazywać populistą bądź nie. Populizm to pewna cecha, którą można na zasadzie stopniowalności mierzyć na skali. Nie jest tak, że dla jednych jest to element niemalże konstytutywny, a innym – zupełnie obcy. Moim zdaniem trudno też mówić, że populizm jest „lewicowy” albo „prawicowy”. Populizm występuje po prawej i po lewej stronie – tak, owszem. Ale nie jest tak, że populizm per se jest lewicowy albo prawicowy. Populizm ma tzw. charakter kameleoniczny, czyli dostosowuje się do otoczenia, w ramach którego działa, ale w dalszym ciągu to to samo zjawisko. Tak samo nie przekonuje mnie koncepcja „oświeconego populizmu”, który próbuje się przypisywać Emmanuelowi Macronowi czy Donaldowi Tuskowi. Zresztą, co ciekawe, ten ostatni sam kiedyś nazwał PO partią „odpowiedzialnego populizmu” w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2004 roku.

Czyli każdy trochę nim jest?

Nie do końca. Weźmy program Socjaldemokracji Polskiej Marka Borowskiego z 2005 roku. Ani tam wiele odwołań do ludu, ani tam specjalnie krytyki elit nie ma. Niespecjalnie jest tam czego szukać.

Jeśli przyporządkujemy sobie polskie partie do rządu i opozycji oraz pod kątem ekonomicznym prawica-lewica i na osi GAL-TAN (skala dzieląca ugrupowania wedle wartości kulturowych – red.), to okaże się, że najlepiej populizm tłumaczy to pierwsze – umiejscowienie w systemie politycznym.

Im bardziej opozycyjny, tym bardziej populistyczny?

Mniej więcej. Najwyższy poziom populizmu mają partie nie tylko opozycyjne, ale i pozaparlamentarne. To całkiem logiczne: powstaje jakaś nowa partia, która nie ma jeszcze sejmowej reprezentacji, to istnieje największe prawdopodobieństwo, że będzie mocniej delegitymizowała obecne elity, które chce w jakichś sposób odsunąć od władzy.

Ale można to uszczegółowić.

Co masz na myśli?

Odwołanie do ludu częściej występuje u partii, które na osi GAL-TAN sytuuje się po stronie TAN, czyli – upraszając – po stronie konserwatywno-tradycjonalistycznej. Widać to było mocno w przekazie PiS-u czy – przede wszystkim – Ligi Polskich Rodzin, gdzie wzmianek o „Polakach” i „narodzie” było bardzo dużo. Z kolei zarysowywanie podziału „my-oni” – co dość intuicyjne – jest popularniejsze wraz z oddalaniem się od centrum na osi ekonomicznej.

Jesteśmy w stanie zidentyfikować momenty w najnowszej historii Polski, kiedy populizm ewidentnie zwyżkował?

Tak, w 2015 roku. Wtedy doszło do pewnego załamania się dotychczasowego systemu.

Prawdziwe załamanie to chyba było 10 lat wcześniej, kiedy Sojusz Lewicy Demokratycznej oddawał władzę i miał powstać PO-PiS.

Wtedy rzeczywiście pierwsze kroki stawiały – albo już postawiły – partie, które kojarzymy z populizmem – Liga Polskich Rodzin, Samoobrona, ale i PiS z PO. Oczywiście te ugrupowania – z formacją Romana Giertycha na czele – jechały po bandzie, ale w inny sposób niż dekadę później. W 2005 roku krytykowali postkomunistyczny system III RP, ale jednocześnie Jarosław Kaczyński i Donald Tusk proponowali sanację państwa i budowę kontrelity. W 2015 roku wyglądało to inaczej za sprawą Pawła Kukiza. Ogromne zmęczenie ośmiolatką PO-PSL. Dotychczasowy premier wyjechał do Brukseli i zostawił na polu walki Ewę Kopacz, która pojechała w Polskę i pytała ludzi w pociągu, czy kotlet im smakuje, albo chodziła do szkół i mówiła, że zakaże drożdżówek, żeby dzieci nie były „grubaskami”. Całkowita klapa PR-owa. W pierwszej turze wyborów prezydenckich nikomu nieznany Andrzej Duda wygrywa z Bronisławem Komorowskim, który postanawia strzelić sobie w kolano organizacją referendum, które niby ma odebrać wyborców Kukizowi. Ten zaś dostał 20 proc. głosów. Jedna piąta wyborców była wściekła, mimo że pewnie niekoniecznie marzyła o JOW-ach nad Wisłą czy o zmianie sposobu finansowania partii politycznych.

Na czym polega różnica pomiędzy Kukizem a tymi populistami z 2005 roku?

On mówił wprost: oddam władzę w ręce ludu, bo „partie są jak rak na zdrowej tkance narodu”. Kukiz nie proponował żadnej kontrelity, co zawsze robił PiS. Zamiast tego chciał referendów i bezpośrednich wyborów sędziów pokoju. Do tego dochodzi Partia Razem, która wyróżnia się tym, że silniej niż poprzednicy krytykuje elity ekonomiczne, i PiS, który po katastrofie smoleńskiej mocno się zradykalizował, jak zresztą duża część naszych polityków i mediów.

Staram się zasadniczo unikać wartościowania tych zjawisk, o których rozmawiamy, ale jak sobie myślę o takim klasycznym – obok Stana Tymińskiego – przykładzie polskiego populisty, czyli Andrzeju Lepperze, i tym, kogo on na początku reprezentował, to mam do niego niemalże współczucie.

Współczucie?

Wyobraźmy sobie sytuację polskiego rolnika, wpadającego w gigantyczne problemy wskutek urealnienia gospodarki, w ramach której czy ogromnie wzrosło oprocentowanie kredytów czy likwiduje się PGR-y. Tymczasem dominująca narracja wobec nich brzmi: to są dinozaury komunizmu, które nie rozumieją nowoczesnej gospodarki. Można oczywiście spróbować wytłumaczyć społeczeństwu, że to wszystko przez długi Gierka i sankcje za stan wojenny w latach osiemdziesiątych, ale – po pierwsze – byłoby to skomplikowane, a po drugie – elity niespecjalnie miały w tym interes. Z perspektywy czasu widzimy, że akcje Leppera były albo śmieszne, albo oburzające, ale reprezentował on ludzi, którzy byli pogardzani przez główny nurt. Poza tym, gdyby spojrzeć na to, co lider Samoobrony faktycznie mówił, to dzisiejsi politycy i tak go przebili.

Przebili Leppera?

Podam ci tylko kilka przykładów z warstwy językowej. Pominę więc te wszystkie ekscesy Janusza Palikota związane ze świńskim łbem, dildo, chlaniem małpek sugerując przy tym, że Lech Kaczyński jest alkoholikiem, czy „j*banie PiS” wyrażane w ośmiu gwiazdkach i cudownych zabaw do dźwięków tejże piosenki polityków PO na Campusie Polska Przyszłości.

Krystyna Pawłowicz: „bydło poselskie”. Jarosław Kaczyński: „zdradzieckie mordy”, „kanalie”, „gorszy sort”. Donald Tusk: „Królami życia są ci, którzy chleją, biją swoje dzieci, biją kobiety i pracą się nie zhańbili od wielu lat”. Roman Giertych: „Naszym narodowym zadaniem jest nie tylko obalić PiS, ale wypalić tę zarazę do korzeni”. Stanisław Pięta: „Wyrzuciłbym tą czerwoną lumpeninteligencję na pysk”.

A to tylko postaci z dwóch największych ugrupowań. Na tym tle Leppera można ocenić inaczej niż przed 20 laty. Inna sprawa, że w pewnym momencie lider Samoobrony przestał być dla swojego elektoratu wiarygodny. Zanim został politykiem to był czerwony na twarzy człowiek w roboczym ubraniu. Po wizerunkowej przemianie stał się opalonym panem w garniturze z włosami zaczesanymi do tyłu.

Co to mówi o danej partii, że wykorzystuje więcej niż mniej metod populistycznych?

Że dobrze opanowała metody komunikacji z wyborcami. Myślę, że populizm w wielu wypadkach może się opłacać. Niezależnie od tego, czy jest słuszny, czy nie. Wyobraź sobie, mówisz ludziom, że są zdolni, że drzemie w nich wielka energia, że nikt nie powinien im narzucać tego, czy poślą swoje dzieci do szkoły od 6. czy 7. lat, że są suwerenni. A potem dodajesz, że przychyliłbyś tym ludziom nieba, gdyby tylko nie te ETS-y z Brukseli czy inny Tusk albo Kaczyński. Trzeba przyznać, że to kusząca wizja, by tak formułować swój przekaz.

Demokracja go potrzebuje w jakichś dawkach?

To zależy jak rozumiemy pojęcie „demokracji”.

dr Jakub Krupa, politolog, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Adiunkt na Uniwersytecie Vizja, współpracownik Centrum Badań Ilościowych nad Polityką UJ. W 2025 roku obronił doktorat pt. „Populizm w programach polskich partii politycznych w latach 2001-2023”.

Autopromocja
381453mega.png
381455mega.png
381148mega.png
Źródło: gazetaprawna.pl

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.