W miniony wtorek nasz dziennikarz wrócił z podróży do Londynu, w której towarzyszył m.in. pani premier. Poza informacjami o bardzo ważnych konsultacjach międzyrządowych przywiózł coś jeszcze. Gorzką refleksję. Otóż, obojętnie jak to ujmiemy, musimy przyznać, że w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy na bakier ze zdrowym rozsądkiem. I to w tak istotnej kwestii, jak bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie i ich gości. Mimo najtragiczniejszych, jakie można sobie wyobrazić, i wciąż świeżych doświadczeń, o których nie sposób nie pamiętać.
Dziennikarz ubrał tę refleksję w słowa i, opisując szczegółowo problemy z odlotem do kraju, podzielił się nią wczoraj z czytelnikami. Zanim to zrobił, zapytał innych uczestników podróży, czy i oni mają identyczny obraz wydarzeń przed oczami. Owszem, mają. Z faktami trudno dyskutować.
Niektórzy powiedzą, że autor jest nieco rozhisteryzowany. Przecież nic się nie stało. Nie było nawet przez chwilę realnego zagrożenia, inaczej np. niż wtedy, kiedy prezydent podróżował autem ze starą, nadającą się na śmietnik oponą. Samolot wystartował prawidłowo i wylądował jak trzeba – na dodatek bez awarii i kłopotów po drodze (więcej pecha miał kilka dni temu prezydent ze swoim embraerem).