On miał za sobą równie liczną grupę milionerów co Clinton. Zmiany, jakie proponuje, sprzyjają jemu podobnym - mówi w wywiadzie dla DGP Nancy Isenberg, autorka książki „White Trash: The 400-Year Untold History of Class in America” (Biała biedota. 400-letnia nieopowiedziana historia klasy w Ameryce).
Pani książka ukazała się na początku kampani wyborczej i została odczytana jako przypomnienie o tej samej grupie społecznej, do której Donald Trump kierował swój przekaz.
Natura polityki polega na wykorzystywaniu gniewu lub strachu tych, którzy czują się poszkodowani. W tym sensie retoryka Trumpa jest antysystemowa. W warstwie symbolicznej dowartościowuje ludzi pracy, na których elity rzekomo postawiły krzyżyk. Trump obiecywał zwrócić im Amerykę. Ale nie miejmy złudzeń; on utrwali system, przeciw któremu występował. W każdym razie jego wyborcy liczą, że władza wróci w ręce białych, pracujących Amerykanów. To myślenie życzeniowe. Zmiany w podatkach, jakie proponuje Trump, sprzyjają takim jak on.
Reklama
Wielu postrzega go jako kandydata tzw. białej biedoty, niewykształconej, niemającej szans na lepiej płatną pracę. Wygrał, bo odwołał się do jej instynktu klasowego?
Nie wrzucałabym tak łatwo jego zwolenników do szufladki z naklejką „biała biedota”. Ta grupa społeczna bez wątpienia udzieliła mu poparcia, ale Trump nie byłby prezydentem, gdyby odwoływał się tylko do nich. Nieprawdą jest też, że wygrał wyłącznie dzięki głosom mniej zamożnych. Trump miał za sobą równie liczną grupę milionerów co Hillary Clinton.

Reklama
Skąd więc przekonanie, że wygrał kandydat tej „gorszej”, biedniejszej i słabiej wykształconej Ameryki?
Część komentatorów chciała sprowadzić stronników Trumpa do jednego mianownika: biali mężczyźni z prowincji, zubożała klasa pracująca, pełna resentymentów i podatna na rasistowskie slogany. Wszystkie jego rasistowskie i seksistowskie wypowiedzi utwierdzały w przekonaniu, że mamy do czynienia z anomalią, wypadkiem przy pracy naszej wspaniałej demokracji. Nic z tych rzeczy. Trump to logiczny produkt rodzimego systemu klasowego, do którego istnienia nie chcemy się przyznać.
Skąd w amerykańskim życiu publicznym określenie „white trash”, biała biedota?
Ta grupa istniała na długo przed narodzinami USA. Już mieszkańcy pierwszej stałej osady w Jamestown – ci robotnicy najemni, skazańcy, którzy przypłynęli do Nowego Świata – w ojczystej Anglii byli nazywani „waste people”, ludzkimi odpadkami. Określenie „white trash” odnosiło się do wiejskiej biedoty nieposiadającej ziemi lub gospodarującej na jałowych spłachetkach na wzgórzach. Ów epitet w prasie pojawił się po raz pierwszy 200 lat temu, ewoluował i pozostaje w użyciu do dziś. Dla wielu słowo „redneck” (wsiok) jest równoznaczne z wyborcą Trumpa.
Dlaczego amerykańska polityka unika tematu klasy?
Lubimy widzieć w sobie obrońców wolności, czego efektem jest opinia, że w USA nie ma biedoty, wszyscy należymy do klasy średniej. A klasa średnia istnieje dzięki klasom niższym, definiuje się na zasadzie odróżnienia. Ludzie zepchnięci na margines są czymś wstydliwym i pozostają łatwym celem przemocy kulturowej. Dziś nie nazywa się już ich ludzkimi odpadkami, ale wciąż można ich wyśmiewać bez ryzyka, że ktoś oskarży nas o bycie rasistą. „Biała biedota” to być może ostatnia rasistowska obelga, jaka jeszcze uchodzi na sucho.
Przemoc kulturowa nie omija i prezydentów. Pisze pani, że w amerykańskim dyskursie politycznym funkcjonuje określenie „bubba presidents”.
Na południu USA „bubba” jest pieszczotliwym określeniem nadawanym zwykle najstarszemu synowi w rodzinie. Poza tym kręgiem kulturowym oznacza kogoś o niskim statusie ekonomicznym i urodzeniu. Do linii „bubba presidents” zalicza się Lyndona Johnsona, Jimmiego Cartera oraz Billa Clintona, który pochodzi z małego miasteczka w Arkansas. Kiedy kandydował na prezydenta, elity partyjne nie omieszkały przypomnieć mu o jego początkach.
Gdzie szukać przyczyn?
Korzenie amerykańskiego społeczeństwa tkwią w angielskim systemie klasowym. Nowy Świat nie był ziemią równych szans. Na kolejne fale imigrantów oczekiwała praca za grosze, ale arystokracja się tym nie przejmowała, bo w ich mniemaniu za Atlantyk i tak wysyłano „ludzkie odpadki”. Po wywalczeniu niepodległości w 1776 r. i przez cały XIX w. główną oznaką pełnoprawnego obywatela była własność. Tyle że większość Amerykanów nie miała ziemi, co miało konsekwencje polityczne, bo w rozumieniu ojców założycieli powszechna równość dotyczyła wyłącznie tych, którzy ją posiadali. Prawo głosu było zastrzeżone dla nich. Nawet po wojnie secesyjnej prawa stanowe obowiązujące na południu USA odmawiały udziału w wyborach nie tylko Afroamerykanom, ale i białej ludności bez majątku. Głównym narzędziem był podatek wyborczy, którego uiszczenie było warunkiem wpisania na listę wyborców. Nawet w latach 20. XX w. w głosowaniu brał udział ledwie co piąty mieszkaniec Południa. Sąd Najwyższy zdelegalizował tę daninę dopiero w 1966 r.
Teraz mówimy nie o ziemi, a o szansach edukacyjnych i mobilności społecznej. Z czym dziś wiąże się pojęcie białej biedoty?
Geografia klasowa nie przeszła do historii. Przyzwyczailiśmy się, że Amerykanie żyją w dzielnicach podzielonych rasowo, i zastanawiamy się, jak zapobiec tworzeniu się gett, a jednocześnie zapominamy, że miejsce zamieszkania ma większy związek z klasą niż rasą. Tu linie podziału są mocno zarysowane, ale wolimy o tym nie mówić. Nastawianie biednych białych przeciw równie biednym czarnym było strategią obliczoną na utrzymanie przy władzy starych elit. Lyndon Johnson świetnie uchwycił naszą obsesję. Kiedy został prezydentem, a było to ponad 100 lat po wojnie secesyjnej, powiedział: „Jeśli jesteś w stanie przekonać najbiedniejszego białego, że jest lepszy od najbogatszego kolorowego, nie będzie miał nic przeciwko, jeśli oskubiesz go do centa”. Rok 2016 nie był wyjątkiem. Biali, konserwatywni chrześcijanie, tak milionerzy, jak i biedota, głosują jednakowo, bo czują się zagrożeni, że wkrótce staną się mniejszością.
Co zrobić z problemem klas?
Podziały klasowe są niebezpieczne dla społeczeństwa. Nie można mieć efektywnej demokracji, jeśli różnice są tak wielkie i przy każdych kolejnych wyborach jakaś grupa zawsze będzie czuła się oszukana przez system. Stabilna i liczna klasa średnia pojawiła się w USA dopiero po II wojnie światowej. Była to zasługa rządu federalnego, który płacił za studia, gwarantował kredyty hipoteczne, by ludzie mogli kupować domy. Nie widzę innego wyjścia niż bardziej aktywna polityka obliczona na zasypanie przepaści między klasami.
Ameryka już kiedyś wybrała kandydata, który uchodził za populistę niegodnego urzędu.
To Andrew Jackson, człowiek niskiego urodzenia, który stał się zamożnym posiadaczem ziemskim i właścicielem wielu niewolników. Jako zasłużony generał wystartował w wyborach w 1824 r. Ani on, ani John Quincy Adams nie zdobyli większości elektorów, więc o zwycięstwie zadecydował Kongres. Wygrał Adams, a Jackson uznał, że elity się przeciw niemu zmówiły i poprzysiągł im zemstę. Cztery lata później jego kampania stała pod znakiem walki z establishmentem, czyli wielkomiejską elitą wschodniego wybrzeża. Jackson odwołał się do emocji najbiedniejszych z prowincji i wygrał. Dla wielu jego zwycięstwo było jak koniec świata, ale ci, którzy na niego głosowali, poczuli, że mają wpływ na politykę. Do dziś historycy toczą boje o ocenę tamtej prezydentury. Zobaczymy, czy z Trumpem będzie podobnie.