W ubiegłym tygodniu do Sejmu trafił rządowy projekt nowelizacji ustawy o Agencji Mienia Wojskowego. Gdybyśmy żyli w innym kraju, moglibyśmy być tym projektem nieco zdziwieni, bo ostatnia aktualizacja tej ustawy weszła w życie w październiku. Ale jako że rodzimy ustawodawca znany jest z pewnej nadpobudliwości legislacyjnej, to akurat z tego powodu dziwi się zapewne niewielu.
Jednak nawet w Polsce konsternację może wzbudzić to, że projekt dotyczy m.in. „odformalizowania procedur obsadzania stanowisk kierowniczych”. Dla mniej zorientowanych: AMW zarządza majątkiem wartym miliardy, ma dziesięć oddziałów regionalnych. Jak nietrudno się domyślić, te oddziały potrzebują dyrektorów, dyrektorzy zastępców itd. I o ile dotychczas prezes i dyrektorzy wybierani byli w konkursach, co w jakiś sposób powodowało, że choć wygrywali swoi, to w miarę kompetentni i z zachowaniem pewnych procedur, o tyle teraz będą mogli wygrywać wszyscy. To znaczy swoi, ale już niekoniecznie z potrzebnymi papierami. Próbką takiego myślenia było osadzenie sławnego już Bartłomieja Misiewicza w radzie nadzorczej mającej 5 mld zł rocznych obrotów Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Chłopak ma 26 lat i nie ma nawet licencjatu, nie wspominając o tym, że posiedzenia rad nadzorczych mógł co najwyżej oglądać w amerykańskich serialach.
Jednak bardziej istotny od tego, że minister upycha swoich akolitów na dobrze opłacanych posadach, jest pewien kierunek formalnoprawny, który przyjął Antoni Macierewicz. Uznał on, że wygrana w demokratycznych wyborach daje mu mandat do tego, by niczym król Ludwik XIV twierdzący, że „państwo to ja”, uznać, że „ministerstwo to ja”. Można w tym miejscu też przytoczyć wzorce ze Wschodu, gdzie władzę w przepisach wojskowych Piotra Wielkiego zdefiniowano tak: „Jego Cesarska Mość jest monarchą samowładnym, który za swoje czyny nie musi odpowiadać przed nikim na świecie, potęgę i władzę nad swymi państwami i ziemiami sprawuje zaś jako chrześcijański suweren, wedle własnego życzenia i własnej woli”. Oczywiście, nie twierdzę, że Antoni Macierewicz jest niczym rosyjski despota. Szanuję go za jego dokonania w walce z PRL i swego rodzaju niezłomność. Jest również ujmująco grzecznym rozmówcą.