U naszego wschodniego sąsiada najciekawsze procesy polityczne zachodzą za zamkniętymi drzwiami. Dotyczy to także kampanii przed niedzielnymi wyborami parlamentarnymi.
Reklama
Najbliższe wybory niewiele zmienią, jeśli chodzi o sytuację polityczną w Rosji. Mimo przeciągających się kłopotów gospodarczych partia władzy zwycięży i utrzyma bezwzględną większość w Dumie Państwowej – sugerują sondaże. Rządząca Jedna Rosja zawdzięcza swoją pozycję osobistej popularności Władimira Putina. Cała kampania wyborcza partii została oparta na trzech filarach: jesteśmy partią prezydenta, przywróciliśmy Rosji dumę i nie ma dla nas alternatywy.
Według ostatniego sondażu Centrum Lewady Jedna Rosja może liczyć na 50 proc. głosów tych, którzy wiedzą już, na kogo zagłosują. To dużo, ale zdecydowanie mniej niż na początku roku, gdy JeR cieszyła się 65-proc. popularnością. O drugie miejsce powalczą Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF) Giennadija Ziuganowa (15 proc.) i Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (LDPR) Władimira Żyrinowskiego (14 proc.). Czwarte miejsce przypadnie najpewniej Sprawiedliwej Rosji (SR) Siergieja Mironowa (9 proc.). Wszystkie trzy mniejsze partie są traktowane przez ekspertów jako koncesjonowana opozycja. Jej politycy pozwalają sobie na krytykę różnych decyzji rządu, ale już nie samego prezydenta.

Reklama
Według Michaiła Zygara, znawcy stosunków panujących na Kremlu, ugrupowania te mają swojego kuratora, a każde z nich ma za zadanie zagospodarowanie konkretnej wyborczej niszy. Komuniści mają zbierać ludzi starszych, myślących z nostalgią o czasach ZSRR. Żyrinowski to oferta dla hurrapatriotów – partia w czasie kampanii wzywała do przywrócenia granic sprzed 1991 r., przekonywała, że jako pierwsza wzywała do przyłączenia ukraińskiego Krymu, a nawet twierdziła, że od lat 90. utrzymywała na półwyspie podziemne organizacje partyjne. SR zaś to narodowa lewica.
Liberalne ugrupowania prozachodnie pozostaną na marginesie. Według Centrum Lewady żadne z nich nie może liczyć na więcej niż 2 proc. poparcia, co nie wystarczy do przekroczenia progu wyborczego.
Częściowo to efekt starań Kremla. Opozycja, nazywana w Rosji antysystemową, nie ma dostępu do największych kanałów telewizyjnych, będących głównym źródłem informacji Rosjan. Tymczasem jednym z argumentów przeciwko poparciu tego typu partii, które wymieniają potencjalni wyborcy, jest zarzut, że liberałowie pojawiają się tylko na czas wyborów, po czym znikają.
Opozycji nie pomaga też znaczne rozdrobnienie. O miejsca w Dumie i popularność ograniczonego liberalnego elektoratu walczy kilka partii, które brutalnie między sobą rywalizują. Jedna z nich, Platforma Obywatelska Rifata Szajchutdinowa, wystąpiła nawet do sądu z żądaniem usunięcia z list wyborczych Partii Swobody Ludowej (PARNAS) ekspremiera Michaiła Kasjanowa, który miał się dopuszczać ekstremistycznych wypowiedzi. Sąd nie przychylił się do tego wniosku. Nieco z boku całej awanturze przyglądali się weterani tej części sceny politycznej, partia Jabłoko Grigorija Jawlinskiego.
Demokraci nie cieszą się dobrym wizerunkiem od lat 90., które skojarzyły w umysłach Rosjan liberalne przemiany z galopującą pauperyzacją, rozpadem ZSRR oraz ulicznym bandytyzmem. Ale to tylko część powodów, dla których parlament pozostaje dla nich niedostępny. W latach 2011–2013 popularność antyputinowskiej opozycji zaczynała rosnąć. Po poprzednich wyborach do Dumy na ulice wyszły dziesiątki tysięcy ludzi protestujących przeciwko manipulacjom wyborczym. Rosnąca złość na władze odbiła się na wynikach kolejnych wyborów. W 2012 r. według oficjalnych danych 8 proc. głosów zdobył miliarder Michaił Prochorow. Choć biznesmen, lider partii Słuszna Sprawa, początkowo został wymyślony jako projekt Kremla dla klasy średniej, szybko spróbował się uniezależnić od swoich kuratorów, za co zapłacił puczem wewnątrz Słusznej Sprawy i wyrzuceniem na margines polityki. Z kolei w 2013 r. w wyborach mera Moskwy antykorupcyjny bloger Aleksiej Nawalny zdobył 27-proc. poparcie.
Wszystko zmieniło się po rozpoczęciu ukraińskiego Euromajdanu, aneksji Krymu i początku wojny w Zagłębiu Donieckim. Kreml ściągnął cugle mediom i uderzył w dobrze przyjmowane tony antyzachodniej i antyukraińskiej propagandy. Krym, a następnie interwencja w Syrii po stronie prezydenta Baszara al-Asada stały się symbolem „wstawania Rosji z kolan” i odbudowy wpływów Moskwy utraconych w latach 90. Kreml znalazł sposób na nadmuchanie popularności. Poparcie dla Putina przekroczyło 80 proc., a jego Jednej Rosji – 65 proc. Demokratyczne ruchy lat 2011–2013 zostały zduszone w zarodku.
Według ekspertów Moskiewskiego Centrum Carnegie dla rządzącej elity wybory parlamentarne są rozgrzewką przed batalią o wpływy po planowanych na 2018 r. wyborach prezydenckich. Choć na razie Putin kokietuje publiczność rozważaniami o możliwym następcy, większość politologów spodziewa się, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za dwa lata prezydent postara się o kolejną reelekcję. Równocześnie oceniają oni, że grupa jastrzębi, kojarzona z ministrem obrony Siergiejem Szojgu, rośnie w siłę kosztem umownych liberałów w rodzaju premiera Dmitrija Miedwiediewa.
– Musimy przejść te wybory i popatrzeć na ich rezultat. Musimy pracować nad realizacją zadań, które sobie postawiliśmy, w kwestii podwyższenia poziomu życia ludzi, rozwoju gospodarki, sfery socjalnej, wzrostu zdolności obronnych państwa. W zależności od tego będziemy patrzeć, jak zorganizować kampanię przed wyborami w 2018 r. i kto powinien wziąć w nich udział. Ja na razie o niczym nie zdecydowałem – mówił Władimir Putin w niedawnej rozmowie z Bloombergiem.
Dla Kremla niedzielne głosowanie to także okazja do uporządkowania sytuacji w obliczu trudnych warunków gospodarczych. „Władze częściowo instynktownie, a częściowo intuicyjnie szykują się do destabilizacji politycznej i społeczno-ekonomicznej. Zadaniem numer jeden jest przegrupowanie się niczym pasażerowie w samolocie przed zbliżającym się awaryjnym lądowaniem” – czytamy w analizie politolog Tatjany Stanowej.
Według Centrum Lewady 43 proc. Rosjan w ogóle nie interesowało się przebiegiem kampanii wyborczej, a 49 proc. deklarowało brak zainteresowania samymi wyborami.
Prawdopodobnie za dwa lata Władimir Putin postara się o reelekcję