Podróże nie kształcą ot tak, trzeba się jednak trochę postarać; będąc więc ostatnio na lotnisku, nie popadłam w zwykłe zaślinione odrętwienie przed półką z czekoladą Toblerone w duty free, lecz postałam sobie ci ja przed CNN. A tam – Fareed Zakaria, słynny amerykański autor i dziennikarz; jeśli nie znacie Zakarii, to najlepiej rzec tyle, że gdyby wyciągnąć zeń pierwiastek piątego stopnia, to wyszedłby mniej więcej nasz rodzimy Jacek Żakowski.
Reklama
Patrzę więc, jak ów Zakaria akurat prowadzi swój program poranny. Na tapecie oczywiście Donald Trump. W studiu oczywiście komentatorzy z nieco różnych stron. Kłócą się, rozprawiają, Trump to, Trump tamto. Rasista, mizogin, a może głos ludu? Czempion Ku Klux Klanu i Putina czy nowej ekonomii dla klasy pracującej? „No... ale przecież obywatele Ameryki zasługują na prezydenta, który potrafi mówić poprawną angielszczyzną!” – grzmi w końcu dziennikarz Bret Stephens tonem, którym doprowadzeni do ostateczności ludzie dostarczają argumentów ostatecznych. „Oj, to takie snobistyczne” – chichocze z nieukrywaną dezaprobatą komentatorka Emily Miller. Koniec, reklama.

Reklama
A więc wszędzie to samo, pomyślałam, dając za wygraną i wlekąc się jednak do duty free oglądać Toblerone, megalizaki i dyspensery pastylek PEZ. Elitaryzm i antyelitaryzm. Elity jako obecna zasada fraktalności wszelkiej zachodniej debaty okołopolitycznej: organizują już nie tylko strukturę rozmowy w skali makro, ale też każdą drobną wymianę komentatorskich złości i chichotów.
Na widok trójkątnej szwajcarskiej czekolady, niegdyś symbolu luksusu dostępnego tylko podróżującym elitom, spłynęło na mnie wątpliwe objawienie: z tak ustawionej debaty nie ma chwilowo wyjścia. Siedzimy w niej po uszy; wszystko jest już tylko meczem elit z resztą świata. Wybierz swoje księgi: możesz czytać o tym, jak ignorowanie eksperckich i gramatycznie się wypowiadających elit, naszej jedynej nadziei, doprowadzi nas do katastrofy, jeśli nie militarnej lub gospodarczej, to przynajmniej moralnej. Możesz też czytać inne księgi, księgi o oderwaniu egocentrycznych i zakłamanych elit, które żyją sobie w anarodowym, kosmopolitycznym bąblu dzięki przywilejom, jakie zapewnia im promocja neoliberalizmu de facto zasilanego przez pozornie moralnie motywowaną utopię wolnej migracji. Czytaj to albo to – ale nic innego w tej chwili nie znajdziesz na półkach. Zresztą po co czytać jakiekolwiek księgi, po co długie artykuły w „Polityce” czy „The New York Times”; wystarczy stanąć przed dowolnym odbiornikiem nadającym dowolną stację informacyjną na dowolnym lotnisku, gdzie naprzeciw siebie stoi dwóch dowolnych komentatorów. Nie minie pięć minut, a jeden z nich najedzie na prostaków (Gramatyka! Ekonomia! Badania!), a drugi oskarży go o elitaryzm („That’s so snobby!” – powie ta czy inna Miller, kończąc dyskusję).
Kwestia elity a reszta świata tak dalece przeorganizowała nam wszelką rozmowę okołopolityczną, że ją w zasadzie chwilowo uniemożliwiła. Nie ma już czegoś takiego jak dyskusja o ekonomii – jest metadyskusja o tym, który z dyskutantów reprezentuje elitarystyczny punkt widzenia, a który stoi z ludem (spieramy się oczywiście, kim w dobie zmierzchu proletariatu jest „lud”, ale wiemy, że stoi on gdzieś między „zwykłym człowiekiem”, biedą a prekariatem). Niewiele było też dyskusji o Brexicie – było przepytywanie reprezentantów różnych perspektyw z ich bliskości do elit. Jedna strona debaty argumentowała, reklamując swój elitaryzm (to my, eksperci), druga strona krzyczała, że ekspertom ufać nie można, są oni bowiem właśnie zakłamaną i arogancką elitą. Nie ma dobrej debaty o 500+, jest za to przerzucanie się opisami pięćsetzłotowych libacji wyrodnych ojców z jednej strony i grzmienie na arogancję wsiofobów, którzy myślą, że ich złoty apartament jest zewsząd otoczony morzem marginesu.
Najnowsza postmarksowska megaprodukcja „Elity kontra lud” przyniosła nam nowy mit (używam tego słowa w sensie funkcjonalnym; ten mit skądinąd może być prawdziwy), który świetnie i bez zbędnego łamania głowy objaśnia wszelkie zjawiska polityczne. Publicyści znaleźli swojego Świętego Graala; czego dotknie, zamienia w publicystyczne złoto. Wygrywa prawica? Lud się wkurza na elity. Wygrywa lewica? Lud się wkurza na elity. Lewica nie wygrywa? Bo to fałszywka, elita w przebraniu ludu. Wygrywa centrum? Elity omotały lud. Gazety piszą, że wygra Clinton? Elity usiłują zamydlić oczy ludowi i zachować swoją pozycję na dłużej lub: wreszcie elity odnalazły wspólny język z ludem. Polska opozycja kuleje? Oderwanie elit od ludu. Miesięcznica smoleńska? Na przekór elitom lud odnajduje swoją podmiotowość. Głupio ją odnajduje? Z winy aroganckich elit, które go porzuciły. Itp., itd.
Sama nie mogę się wydostać z tej manichejskiej opowieści o zmaganiach dwóch bohaterów; sama ulegam jej sile i wszystko to piszę beznadziejnie pogrzebana pod hałdami tego dyskursu. Niejeden jeszcze artykuł napiszę o tym, jak to te czy owe elity zawiodły ten czy ów lud, z pełnym przekonaniem, że oto sięgam do głębin rzeczywistości i wyjaśniam sprawy podstawowe. I dlatego właśnie refleksja mnie naszła następująca: naprawdę jesteśmy w momencie przełomu. Coś zaraz tąpnie, coś się stanie.
Bo dopóki jakiś problem jedynie nieśmiało krąży na obrzeżach tekstów i umysłów, dopóki jest tylko niewypowiedzianą intuicją, na tyle niedojrzałą, że każdy, kto o nim wspomina, musi mozolnie szukać pojęć, a te wyszukane musi wyjaśniać i uzasadniać, dopóki problem ten nie organizuje wszelkiego myślenia politycznego, dopóty nic się nie dzieje. Możemy spać spokojnie, stary język wystarczy na długo, stary porządek wciąż ma moc. Ale kiedy ów problem nagle krzepnie, nagle znajdują się dlań dobre słowa, a potem te słowa zaczynają rozrastać się i dominować; kiedy nagle ten problem staje się osią wszelkiej dyskusji, domyślną, oczywistą, jedyną możliwą; kiedy jest czarną dziurą, która ściąga ku sobie wszelkie opisy rzeczywistości, bezlitośnie je sobą zaraża, niczemu nie pozwala się wymknąć, kiedy każdy komentator w każdej telewizji o każdej porze dnia i nocy tylko tak potrafi mówić, grzmieć czy chichotać, to znaczy, że zaraz coś się stanie. Pełen napięć język, który się tak wyrodził, który obdarzył nagłym wzrostem antagonistycznej samoświadomości dwie grupy, musi się zrealizować, wyładować, przesilić. Takie jest prawo fizyki.
Dlatego wszelkim kosmopolitycznym, rezolutnie anarodowym elitom podróżującym w celach ekspercko-rozrywkowych radzę: następnym razem na lotnisku zróbcie sobie porządne zapasy Toblerone. Wasz czas się kończy, nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy, ale jak już się skończy, miło będzie czasem sobie ugryźć, pożuć i przypomnieć, jak było. I tak dzięki Zakarii nabyłam wór Toblerone.