Potworny atak terrorystyczny na Belgię wywołał w Europie ogromny strach przez zamachami i skłonił polityków z całego kontynentu do wezwań zastosowania nowych środków do walki z ekstremizmem, a populistów – do zamknięcia granic Europy.
Dziennik Gazeta Prawna
Ekonomiczne koszty takich rozwiązań łatwo mogą znacznie przewyższyć wartość, którą można usprawiedliwić rzeczywistym poziomem ryzyka związanego z terroryzmem.
Tymczasem fakty są takie, że w porównaniu z czasami zimnej wojny w atakach terrorystycznych w Europie ginie dziś znacznie mniej ludzi niż w latach 70. i 80., a co ważniejsze, rzeczywiste ryzyko śmierci w zamachu pozostaje skrajnie niewielkie. Raport amerykańskiego Narodowego Centrum Antyterrorystycznego z 2011 roku stwierdza, że ryzyko śmierci z rąk terrorystów jest podobne do ryzyka śmiertelnego zmiażdżenia przez telewizor lub meble. Nie do porównania z ryzykiem śmierci w wypadku samochodowym.
Reklama
Weźmy najbardziej krwawy pod względem terroru rok obecnego stulecia. W 2004 roku w zamachach w Europie zginęło niemal 200 osób, przede wszystkim w ataku na metro w Madrycie. Porównajmy to teraz z liczbami dotyczącymi wypadków drogowych. W 2013 roku w Belgii zginęło w ten sposób 746 osób, a we Francji – 3268. Groźba takiego zakończenia życia i tak jest dość mała, ale znacznie większa niż w przypadku zamachu terrorystycznego. Innymi słowy, corocznie więcej osób ginie na francuskich drogach niż podczas ataku na Nowy Jork 11 września 2001 r oku.
Mimo to niewielu polityków mówi o bezpieczeństwie na drogach, za to chyba każdy europejski polityk krzyczy o konieczności zrobienia czegoś w sprawie zagrożenia terrorem. Sądzę, że są dwa podstawowe powody tendencji „zróbcie coś” w europejskiej polityce (nie tylko w sprawie terroru, ale i np. w przypadku dyskusji ekologicznych). Przede wszystkim psychologowie wykazali, że ludzie nie są zbyt dobrzy w ocenie ryzyka rzadkich zdarzeń (takich jak śmierć w wyniku ataku terrorystycznego) i że mają skłonność do poważnego przeceniania takiego ryzyka.
Z kolei mamy do czynienia z czymś, co amerykański ekonomista Bryan Caplan nazwał racjonalnym irracjonalizmem wyborców. Według niego wyborcy nie muszą dokonywać racjonalnych wyborów, ponieważ prawdopodobieństwo, że akurat ich własny głos będzie decydujący dla ogólnego wyniku wyborów, jest dość ograniczone. Dlatego z racjonalnego punktu widzenia możemy głosować irracjonalnie, nieodpowiedzialnie i ignorancko.
W rezultacie jednak mamy większą szansę poddania się własnym strachom i fantazjom w polityce, niż kiedy podejmujemy decyzje dotyczące kupna samochodu czy dokonania inwestycji. Politycy świetnie o tym wiedzą i z radością grają strachami. Rzadko im się bowiem zdarza wygrywać wybory dzięki przedstawianiu wyborcom danych statystycznych. Z drugiej strony nie wolno nam poddawać się tym strachom, ani w życiu osobistym, ani gdy podejmujemy decyzje polityczne. Najlepsze, co możemy zrobić, to się uspokoić. To nie znaczy, że powinniśmy ignorować zagrożenie, ale jeśli pozwolimy politykom działać pod wpływem strachu, zwycięzcami na pewno okażą się terroryści.