Najgorzej sytuacja wygląda w Jemenie. Kraj jest targany wewnętrznym konfliktem między szyicką milicją Husi a zwolennikami prezydenta Abd Rabuha Hadiego. Korzystając z chaosu, swoje struktury rozbudowuje tutaj Al-Kaida Półwyspu Arabskiego.
Reklama
Bardzo przypomina to sytuację z Syrii i Libii, gdzie osłabienie struktur państwowych na skutek walki o władzę między dwoma ugrupowaniami także zapewniło cieplarniane warunki dla rozwoju terroryzmu.
Pozory stabilizacji

Reklama
Od marca interwencję militarną (naloty plus blokada morska) w Jemenie prowadzi Arabia Saudyjska. W rezultacie wojny 85 proc. ludności cierpi na braki w dostawach żywności, wody, lekarstw i paliwa. Konflikt przegnał 2,5 mln ludzi z domów, a 23 tys. cywili straciło życie lub zostało rannych. W fatalnym stanie jest infrastruktura: zniszczeń doznały drogi, mosty, miejsca pracy, szkoły i szpitale. Saudyjska kampania nie zdołała osłabić sił Husich; zdołała za to pchnąć Jemeńczyków w ich objęcia. Jak również w objęcia Al-Kaidy. Terroryści są obecnie w Jemenie silniejsi niż kiedykolwiek. Dżihadyści już w kwietniu 2015 r. zdobyli kontrolę nad Al-Mukallą, liczącym 220 tys. mieszkańców, piątym co do wielkości mieście Jemenu, 540 km na zachód od stolicy kraju.
Islamiści czerpią siłę m.in. z poparcia lokalnej ludności, w którego zdobywaniu Al-Kaida odebrała lekcje od Państwa Islamskiego. Na kontrolowanych terenach stara się tworzyć pozory zarządzania, organizuje roboty publiczne dla naprawy uszkodzonej infrastruktury, a w grudniu 2015 r. zajęła się niesieniem pomocy mieszkańcom dotkniętym przez cyklon Chapala. W weekend opublikowano zdjęcia z wiecu w centrum miasta, na którym mieszkańcy – w tym kobiety i dzieci – słuchali z telebimu przekazu weterana organizacji Chalida Batarfiego, wypuszczonego w 2015 r. z jemeńskiego więzienia. Wszystko wskazuje na to, że Al-Kaida nastawia się w Jemenie na długofalową strategię budowy dla siebie bazy bez względu na to, jaki będzie wynik konfliktu o władzę.
Wrze pod Hindukuszem
Z europejskiego punktu widzenia jeszcze bardziej zajmująca jest sytuacja w Afganistanie. Zwłaszcza że obywatele tego kraju stanowią drugą co do liczebności nację wśród uchodźców. Według ONZ stanowili oni 28 proc. spośród 128 tys. ludzi, którzy w tym roku przekroczyli Morze Egejskie. Sytuacja pod Hindukuszem znacząco się pogorszyła od momentu zmniejszenia amerykańskiego kontyngentu do niecałych 10 tys. żołnierzy w 2014 r.
Siły rządowe są zmuszone do walki na dwa fronty: z Państwem Islamskim i talibami. Ci pierwsi są aktywni głównie na południowy wschód od Kabulu. Talibom z kolei udało się zdobyć kontrolę nad znacznymi połaciami północy i południa. Perspektyw na rozwiązanie konfliktu brak; w sobotę talibowie ogłosili, że nie mają zamiaru siadać do rozmów pokojowych z przedstawicielami władz w Kabulu. Stało się tak pomimo wielu wcześniejszych spotkań obydwu stron, podczas których mediatorami byli dyplomaci m.in. z Pakistanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Niepokojące sygnały dochodzą także z innych części świata. Wciąż nierozwiązany jest problem z sojusznikami Al-Kaidy w Somalii i Państwa Islamskiego w Nigerii. Jak podliczają specjaliści z „Long War Journal”, od początku roku Al-Kaida Islamskiego Maghrebu, działająca głównie na terenie Mali, zorganizowała 40 zamachów.
Wolna od zagrożenia terroryzmem nie jest również Azja Południowo-Wschodnia. W Indonezji Państwu Islamskiemu udało się w styczniu przeprowadzić pierwszy zamach. Od tego czasu władze Malezji i Indonezji aresztowały kilkanaście osób podejrzanych o związki z terroryzmem. Źródłem rekrutów mogą być również ekstremiści filipińscy; jedna z tamtejszych organizacji przysięgła w styczniu wierność Państwu Islamskiemu.
Najsłabsze ogniwo europejskiego planu
Europejska strategia na rozwiązanie kryzysu migracyjnego nieustannie ewoluuje. Jeszcze w połowie lutego Berlin w obliczu oporu ze strony krajów Europy Środkowej i Wschodniej zaproponował, że migrantów będą przyjmować do siebie tylko te kraje, które będą chciały. Jednostronne zamknięcie granicy przez Austrię kazało jednak politykom w Berlinie przemyśleć ten pomysł.
Najnowszy plan zakłada działanie dwutorowe. Po pierwsze, europejscy przywódcy chcą zadeklarować, że bałkański szlak migracyjny jest zamknięty. Plan zakłada, że falę uchodźców uda się zatrzymać w Grecji, której na tę okoliczność zapewni się dodatkowe finansowanie. Po drugie, migrantów próbujących przedostać się przez Morze Egejskie do Europy uda się powstrzymać z turecką pomocą. W ten sposób unijni przywódcy chcą kupić trochę czasu, zanim nie zostanie wypracowana spójna polityka migracyjna pozwalająca na poradzenie sobie z takim kryzysem w przyszłości. Niewątpliwie w niejednej europejskiej stolicy tli się nadzieja, że być może do tego czasu kryzys się skończy.
Najważniejszym punktem i największą słabością tego planu jest obecnie Turcja. Wczorajsze spotkanie unijnych przywódców z tureckim premierem miało na celu wypracowanie konkretów w sprawie wspólnego zatrzymania fali uchodźców. Europejscy politycy na razie są bowiem niezadowoleni z tureckich działań, zwłaszcza że pierwsze wypłaty z uzgodnionego wcześniej funduszu w wysokości 3 mld euro już się zaczęły. Z kolei Ankara zdaje sobie sprawę, że w sprawie rozwiązania kryzysu jest dla Europy ostatnią szansą – zwłaszcza w obliczu braku zgody na europejskim forum np. co do mechanizmu rozdzielania migrantów między siebie. Dlatego Turcja chce grać na zwłokę, podbijając żądania i jak najwięcej ugrać dla siebie, licząc, że presja czasu (i kolejnych fal migracji) zmiękczy europejskich liderów.
Oprócz dodatkowych 3 mld euro dla Ankary i ułatwień wizowych, na szczycie uzgodniono także, że Turcja przyjmie wszystkich migrantów, którzy nie mogą wystąpić o status uchodźcy. Dodatkowo na każdego obywatela Syrii, którego przyjmie Ankara, UE także przyjmie jednego Syryjczyka.