Paweł Miter ma 27 lat i mieszka we Wrocławiu. Tam też studiował najpierw politologię na uniwersytecie, później dziennikarstwo na jednej z prywatnych uczelni. Nigdzie nie pracuje, ale stać go  na mieszkanie w jednym z ekskluzywnych apartamentowców i mercedesa. "Nie muszę pracować. Mam bogatą rodzinę, która mi pomaga" - tłumaczy Miter Gazecie Wyborczej.

Miter w TVP

Pierwszy raz głośno zrobiło się o Miterze w marcu 2010 r.  Okazało się wtedy, że Miter założył fałszywego maila na nazwisko szefa Kancelarii Prezydenta RP Jacka Michałowskiego i od listopada 2009 r. prowadził korespondencję z ówczesnym prezesem TVP. W przesłanym zarządowi TVP liście napisał: "Wielce Szanowny Panie Prezesie, Powyższego maila kieruję do Pana na prośbę Pana Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Nietypowa forma, ale jakże nietypowa jest też prośba ( ) Pan Prezydent chciałby zwrócić Pana uwagę i Telewizji Publicznej na osobę młodego dziennikarza z Wrocławia Pawła Mitera, który ma pomysł na tego typu program. Pan Prezydent chciałby, by ktoś z kierownictwa TVP spotkał się z tym młodym człowiekiem i poczynił z nim ustalenia co do możliwości powstania tego typu programu".

Do dziś nie wyjaśniono, czy była to prowokacja dziennikarska, czy może Miter chciał po prostu zdobyć własny program w TVP.

TVP powiadomiła prokuraturę o mailach Mitera, ale ta zawiesiła prowadzone w tej sprawie śledztwo.

Pobity Miter w redakcji Gazety Wyborczej

Rok po aferze w TVP Miter zjawił się we wrocławskim oddziale "Gazety Wyborczej". Opowiedział, że został pobity przez dwóch mężczyzn. Gdy był bity, miał usłyszeć od napastników: "Uważaj, z jakimi hienami i z jakich mediów rozmawiasz".

Miter zapewniał redakcję, że zgłosił tę sprawę  na policji. W rzeczywistości zrobił to dopiero wtedy, gdy dziennikarz wypomniał mu, że policja o żadnym pobiciu nic nie wie.

Kwity na Arabskiego

Kolejną "dziennikarską" rewelację Miter ujawnił w czerwcu ubiegłego roku. Zgłosił się wtedy do Prokuratury Rejonowej Wrocław-Krzyki Zachód, gdzie złożył doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez ówczesnego szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego. Arabski rzekomo miał wywierać wpływ na szefa Krajowej Rady Prokuratorów Edwarda Zalewskiego w sprawie jak najszybszego zakończenia śledztwa dotyczącego tzw. afery hazardowej. Jako dowód Miter złożył w prokuraturze wyciągi z konta e-mailowego Arabskiego, które miała otrzymać  od "osoby z otoczenia kancelarii premiera" - pisze Gazeta Wyborcza

Śledztwo zostało umorzone.

Sprawa Amber Gold

I wreszcie najbardziej spektakularna akcja Mitera - sprawa Amber Gold.

Jeszcze przed wybuchem afery na Facebooku Miter komentował zamieszanie wokół Marcina P. 27 lipca napisał: "Już o godz. 15 posiadałem informacje, że planują o godz. 22 poinformować o bankructwie ( ) To, co zrobiono z OLT i Amber, zakrawa na szczyt rzezi. Media to dziadostwo na smyczy rządu (...) Amber też padnie, nie dlatego, że są piramidą finansową, ale dlatego, że pracują nad tym pewne służby".

Notatkę o operacji specjalnej "Ikar" wymierzonej w Marcina P. Miter miał dostać od oficera ABW poznanego w jednym z wrocławskich klubów. "Poznałem go na długo przed sprawą Amber Gold. Bywałem u niego w domu, widziałem legitymację. Wiedział, że interesuję się tego typu sprawami, i któregoś razu po prostu pochwalił się, że w głośnej sprawie OLT ma pewne dokumenty. Ujawnię jego nazwisko, gdy nadejdzie odpowiednia pora" - tłumaczył Gazecie Wyborczej Miter.

Miter przekonywał też reportera Gazety Wyborczej, że sam zdobył telefon Plichty i sam się do niego zgłosił. Jako dowód pokazał kilkadziesiąt SMS-ów od właściciela Amber Gold (numer P. się zgadzał), z których wynikało, że ten konsultował z Miterem każde swoje medialne posunięcie. Miter twierdzi nawet, że P. odwiedził go we Wrocławiu kilkanaście godzin przed konferencją, na której posłużył się fałszywą notatką ABW.

P. nie chciał rozmawiać z GW o Miterze. Ten z kolei, gdy dowiedział się, ze dziennikarz pytał o niego, zareagował oburzeniem i i usunął większość swoich wpisów z Facebooka.