W filmie „Naga broń” jest scena, która dorobiła się statusu internetowego mema. Oto grany przez Lesliego Nielsena porucznik Frank Drebin stoi przed tłumem gapiów, prosząc, by się rozeszli. Wszystko na nic, bo za plecami policjanta, nieświadomego tego faktu, rozgrywa się prawdziwy dramat.
Podobnie jest z efektami minionej kampanii wyborczej, a właściwie całego dwuletniego maratonu. Ataki na środowisko LGBT w pewnym momencie były na tyle ostre, że PiS musiał zrobić krok wstecz i złagodzić retorykę. Raczej nie dlatego, że kogoś ruszyło sumienie, lecz z powodu widma przegranej. Także opozycja podkręcała atmosferę zagrożenia dla osób nieheteronormatywnych. Ale wybory już za nami. Politycy obu stron doskonale wiedzą, że kampania rządzi się swoimi prawami, że w dużej mierze to teatr i efekt chłodnych kalkulacji. Ale w społeczeństwie pewne emocje i przekonania, miesiącami konsekwentnie wpajane przez polityków, zostają. Podanie sobie rąk w pałacu czy pacyfistyczne apele córki prezydenta wcale tego nie przetną.
Dziś doskonale to widać w kontekście protestów środowisk LGBT. Wydarzenia z minionego weekendu to echo brutalnej kampanii. Najgorsze jest jednak to, że bardziej niż możliwość zmitygowania nastrojów widać raczej potencjał do ich podkręcania. Aktywiści LGBT, którzy mają prawo czuć się dotknięci i obrażeni działaniami polityków, niestety zaczynają sięgać po radykalne metody, nie biorąc pod uwagę, że są one kontrskuteczne dla ich sprawy.