Spotkanie pod osłoną nocy, za zamkniętymi drzwiami, przy wyłączonych telefonach i odcięciu od sieci. Nie, to nie narada szpiegów, ale kluczowy element procesu demokratycznego w Europie. Tak w zeszłym tygodniu wyglądały obrady przywódców 28 krajów członkowskich, którzy próbowali wybrać nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej, jedną z najważniejszych osób w europejskiej i światowej polityce. Nie udało się, dlatego w najbliższą niedzielę szefowie państw i rządów zbiorą się ponownie w Brukseli, by odbyć drugą rundę rozmów. Znowu szykuje się nocna narada za zamkniętymi drzwiami z możliwą dogrywką rano przy śniadaniu, jeśli liderom nie uda się dojść do porozumienia przy świetle Księżyca.
Procedury nie mówią nic na temat sekretnych spotkań i trzymania negocjacji w tajemnicy. Proces w teorii powinien wyglądać bardzo przejrzyście. Po wyborach do europarlamentu przewodniczący Rady Europejskiej konsultuje z izbą kandydata na stanowisko szefa KE, uwzględniając wynik wyborów, a następnie oficjalnie proponuje przywódcom nazwisko. Decyzja w RE zapada większością kwalifikowaną (chociaż zwyczajem jest próba osiągnięcia w tej sprawie jednomyślności).
Ale ponieważ prawo nie zagwarantowało przejrzystości procesu, który od lat przebiega zakulisowo, ratunkiem miała być procedura wiodących kandydatów (Spitzenkandidaten). Nie udało się jej zapisać w unijnym prawie, obowiązuje więc na zasadzie dżentelmeńskiej umowy pomiędzy przywódcami państw a europarlamentem. Chodzi o to, by fotel przewodniczącego KE obejmował kandydat wysunięty jeszcze przed wyborami europejskimi przez ugrupowanie, które elekcję wygrywa. W ten sposób pięć lat temu wybrano wskazanego przez chadeków Jeana-Claude’a Junckera.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.