Zarzut robienia niejasnych interesów, które często prowadzą w stronę Moskwy, można wysunąć wobec wielu partii eurosceptycznych.
Na początku maja Viktor Orbán powitał w Budapeszcie wicekanclerza Austrii Heinza-Christiana Strache z Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ). Przy okazji premier Węgier ogłosił, że Europa powinna przyjąć właśnie „model austriacki”. Orbánowi chodziło o to, żeby po eurowyborach centrowe ugrupowania łaskawiej spojrzały na skrajną prawicę. Tak bowiem uczynili austriaccy konserwatyści pod koniec 2017 r., zapraszając do koalicji nacjonalistów z FPÖ.
Zakładając taki model na forum Parlamentu Europejskiego, chadeccy posłowie z Europejskiej Partii Ludowej powinni otworzyć się np. na deputowanych Ligi, partii wicepremiera Włoch Matteo Salviniego. Zresztą Włoch odwiedził Budapeszt parę dni przed Austriakiem. Węgierski przywódca zapewniał wtedy, że z Salvinim łączy go polityka „miłości do ojczyzny, silnego państwa narodowego i pierwszeństwa wartości chrześcijańskich”.
Rozpad koalicji w Austrii, który nastąpił w niespełna dwa tygodnie od słów Orbána po skandalu taśmowym, świadczy o tym, że „model austriacki” miałby oparcie raczej na zupełnie innych podstawach: na nielegalnych interesach i podejrzanych kontaktach z Kremlem.
Reklama
Przypomnijmy. W piątek media opublikowały fragmenty nagrania wideo, na którym austriacki wicekanclerz swoim zachowaniem potwierdza oskarżenia stawiane od lat jego partii. Po pierwsze, Strache przekonuje spotkaną na Ibizie rzekomą rosyjską inwestorkę do użycia nielegalnych pieniędzy, aby wykupić austriacki tabloid „Kronen Zeitung”. Po drugie, w zamian za przysługę oferuje pomoc w uzyskaniu państwowych kontraktów. Po trzecie, chwali się, że jego partia przyjmuje nielegalne darowizny przez specjalnie do tego celu założoną fundację.
To wszystko słyszymy od szefa partii pozującej na wroga establishmentu i obrońcę zwykłych ludzi. Jak przystało na prawdziwych patriotów, politycy FPÖ mieli brzydzić się korupcją. Teraz wiemy, że sam jej lider, aby sięgnąć po władzę, był w stanie sprzedać część państwowej suwerenności.
Nagranie pogrążyło wicekanclerza. FPÖ wyleciało z koalicji. Austrię czekają nowe wybory. Jednak zarzut robienia niejasnych interesów, które często prowadzą w stronę Moskwy, można sformułować pod adresem wielu partii eurosceptycznych. Politycy Alternatywy dla Niemiec już muszą płacić setki tysięcy euro kary za nielegalne wpłaty przyjmowane na kampanie wyborcze. Część posłów tej partii regularnie jeździ na Krym i do Donbasu, żeby legitymizować organizowane tam przy wsparciu Kremla wybory.
O poszanowanie interesów Rosji dopomina się także Marine Le Pen z francuskiego Zgromadzenia Narodowego. W szczególności podnosi ten temat, gdy potrzebuje nowych środków na działalność partii. I zazwyczaj je dostaje od rosyjskich parabanków. Natomiast Matteo Salvini miał w październiku 2018 r. negocjować z rosyjskimi firmami wsparcie jego kampanii wyborczej do eurowyborów. Obiecując w zamian działania na rzecz zniesienia unijnych sankcji wobec Moskwy.
Wszystkie powyższe partie przy wsparciu kilkunastu mniejszych ugrupowań aktywnie negocjują stworzenie nowej frakcji w Parlamencie Europejskim. Politycznie niewiele je łączy. Jedni chcą podatku liniowego, drudzy państwowego protekcjonizmu, część chce wychodzić z euro, część jest za pozostaniem. Ten cały polityczny chaos zostanie doprawiony przez polską Konfederację, która jeśli tylko przekroczy próg wyborczy, spróbuje dołączyć do frakcji eurosceptyków. „Model austriacki” okazał się dla samej Austrii tragiczny. I takie pewnie skutki będzie miał dla Europy.