Śmierć Mirjany Marković, żony Slobodana Miloševicia, wznowiła dyskusję o tym, jak Serbia radzi sobie z trudną przeszłością.
77-letnia Mirjana Marković, socjolożka z wykształcenia, jedna z założycieli Jugosłowiańskiej Zjednoczonej Lewicy (JUL), partii koalicyjnej Socjalistycznej Partii Serbii (SPS) Miloševicia, zmarła w niedzielę w Moskwie. W Rosji mieszkała od 2003 r., choć już dwa lata później wysłano za nią międzynarodowy list gończy.
Z Serbii zbiegła, gdy prokurator oskarżył ją o nadużycie władzy przy przyznawaniu państwowych mieszkań osobom nieuprawnionym. Choć nie pełniła w Jugosławii funkcji państwowych, wielu do dziś uważa, że to ona, a nie Milošević, jest odpowiedzialna za krwawy rozpad tego kraju. W Serbii powszechna jest wiedza o jej ogromnym wpływie na Miloševicia. Ich związek był na swój sposób szczególny, poznali się jeszcze jako nastolatkowie i byli praktycznie nierozłączni.
Reklama
Marković była uważana za ważną postać w łańcuchu przemytu tytoniu. Ale najpoważniejsze zarzuty mają związek z morderstwem dziennikarza Slavka Ćuruvii i Ivana Stambolicia, który w czasach komunistycznej Jugosławii był prezydentem i premierem Serbii. Marković zamówiła w „Politice” tekst pod hasłem „Ćuruvija doczekał się bomb”, od którego rozpoczęła się nagonka na dziennikarza, zakończona jego śmiercią w kwietniu 1999 r. Kobieta miała być niezadowolna z krytyki reżimu i opisów wojny w Kosowie, m.in. z tego, że Ćuruvija nie uważał Albańczyków za terrorystów.
Kilka dni temu wyrokiem skazującym zakończył się proces czterech byłych pracowników serbskich służb oskarżonych o tę zbrodnię. Zleceniodawcy nie zostali wykryci, podobnie jak w sprawie Stambolicia, niegdyś mentora Miloševicia, który w latach 80. stał się jego krytykiem. W 2000 r., tuż przed wyborami, Stambolić został porwany i zamordowany. Jego ciało oblano wapnem. Morderstwa dokonali członkowie specjalnego oddziału policji, w tym osądzony Milorad Ulemek pseudonim „Legija”, zamieszany także w zamordowanie premiera Zorana Đinđicia.

Reklama
Mogłoby się wydawać, że Bałkany wchodzą w nową erę historii. Milošević zmarł w 2006 r., nie ma już u władzy Franja Tuđmana w Chorwacji ani Alii Izetbegovicia w Bośni i Hercegowinie, którzy rządzili tymi krajami w czasie wojen bałkańskich. Oprócz Serbii wszystkie państwa Bałkanów Zachodnich są albo członkami NATO, albo deklarują chęć przystąpienia do Sojuszu. Rosja poniosła ostatnio strategiczne porażki w Czarnogórze i Macedonii, nie zdoławszy przeszkodzić ich akcesji. Trudno jednak ogłaszać bałkański koniec historii, skoro Serbia pozostaje sojusznikiem Rosji, zaś jej czołowi politycy, jak prezydent Aleksandar Vučić czy szef MSZ Ivica Dačić, niechętnie odcinają się od dawnych ideologów.
Dowodem może być niedawny szczyt państw bałkańskich w Warszawie. Dačić był jedynym ministrem, który nie pojawił się na powitalnej kolacji u prezydenta Andrzeja Dudy, na której byli obecni oficjele wszystkich państw Bałkanów Zachodnich, a także Austrii, Bułgarii, Grecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch oraz przedstawiciele unijnej dyplomacji i Regionalnej Inicjatywy Młodzieżowej (RYCO).
W marcu Serbia odwołała przedstawicielkę przy komitecie RYCO Milicę Škiljević za to, że zgodziła się wziąć udział w zjeździe tej organizacji w Kosowie. RYCO działa pod parasolem UE i ma na celu pojednanie młodzieży z Bałkanów Zachodnich. Serbia tymczasem od miesięcy znajduje się w stanie wojny celnej z Prisztiną, która w odwecie za antykosowski lobbing nałożyła na serbskie produkty cła wysokości 100 proc. Wywołało to oburzenie Belgradu, dla którego Prisztina jest jednym z kluczowych kierunków eksportowych.
Niepokoje wybuchły w okresie nasilonych rozmów na temat rozwiązania kwestii kosowskiej przez Serbię i jej dawną prowincję. Jedną z propozycji, które leżą na stole, jest kontrowersyjny zwrot północnego Kosowa z większością serbską w zamian za nieokreślone terytoria w okolicy Preševa na południu Serbii, gdzie żyje wielu Albańczyków. Rozmowy na razie zostały wstrzymane. Ich wznowienie ma nastąpić 29 kwietnia w Berlinie.