Wobec braku porozumienia w sprawie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem kraj szykuje się na najdłuższą w historii przerwę w funkcjonowaniu rządu federalnego
Reklama
Podmioty federalne w Stanach Zjednoczonych zawieszają działalność, kiedy politycy nie przyjmą na czas przepisów zapewniających im finansowanie. Taka sytuacja ma miejsce nad Potomakiem obecnie i zapowiada się, że będzie to najdłuższe „government shutdown” w historii. Do pobicia rekordu wystarczy, jeśli przeciągnie się do soboty.
Zawieszenie działalności przez rząd federalny (lub jego część) rzadko kiedy bierze się z braku porozumienia co do budżetu danej agencji lub departamentu. Częściej jest to efekt uboczny politycznej wojny na górze. Podczas najdłuższej przerwy w działalności na przełomie 1995 i 1996 r. (21 dni) republikanie chcieli utrzeć nosa Billowi Clintonowi; w 2013 r. (16 dni) poszło z kolei o reformę ubezpieczeń zdrowotnych, czyli Obamacare.
Przyczyną obecnej (dziś mija 18 dzień) przerwy jest mur na granicy z Meksykiem: prezydent Donald Trump zawetował ostatnie przepisy budżetowe uchwalone przez poprzedni, republikański Kongres, bo nie zawierały ponad 5 mld dol. na budowę fizycznej bariery na południowej granicy. Ponieważ w wybranym na początku listopada Kongresie przewagę mają demokraci, problem spadł na ich barki. A dotąd żelaznym punktem w przekazie polityków partii spod znaku osiołka było: ani złamanego centa na mur.
Zawieszenie działalności nie dotknęło całego rządu federalnego. Niektóre departamenty (jak np. do spraw weteranów, który jest drugim co do wielkości „ministerstwem”) miały zapewnione finansowanie wcześniej i działają normalnie. Przepisów budżetowych brakuje dla dziewięciu departamentów – w tym bezpieczeństwa narodowego, sprawiedliwości, stanu i skarbu – oraz kilku agencji federalnych, w tym ochrony środowiska i NASA.
Wojna na górze dotknęła ok. 800 tys. z niewiele ponad 2 mln pracowników federalnych. 380 tys. z nich zostało wysłane na przymusowy, bezpłatny urlop (bez gwarancji, że otrzymają kiedyś te pieniądze); pozostałych 420 tys. piastuje stanowiska uznane za kluczowe i dalej pracuje, tyle że nie otrzymując za to wynagrodzenia (będzie musiało być wypłacone w późniejszym terminie).
W efekcie nieczynne są na przykład parki narodowe, które nie były w stanie nadążyć ze sprzątaniem po odwiedzających. Praktycznie zawiesił swoją działalność fiskus; większość pracowników państwowej służby meteorologicznej posłano do domu (chociaż wielu z nich wciąż przychodzi do pracy). Problemy budżetowe dotknęły również pracowników Transport Security Administration, lustrujących na co dzień na bramkach pasażerów linii lotniczych.
Wychodzimy, ale najpierw zostaniemy
W połowie grudnia Donald Trump zapowiedział wycofanie sił amerykańskich z Syrii i zmniejszenie kontyngentu w Afganistanie. Pierwsza operacja miała zostać zakończona w miesiąc (później prezydent przystał na cztery miesiące). Teraz jednak okazuje się, że zajmie to więcej czasu. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton zapowiedział bowiem w niedzielę w Jerozolimie, że Amerykanie będą w Syrii tak długo, jak długo będzie tego wymagało „pokonanie Państwa Islamskiego” (dżihadyści okupują wciąż niewielką enklawę na wschodzie kraju); w rzeczywistości więc wycofanie może trwać bardzo długo. Bolton dzisiaj w Turcji będzie też rozmawiał na temat kurdyjskich bojowników, którzy kontrolują północną Syrię i byli kluczowi dla operacji przeciw dżihadystom (odegrali np. poważną rolę w szturmie na stolicę kalifatu Rakkę). Amerykańska obecność stanowi bowiem swego rodzaju parasol ochronny dla tych sił, wobec których Turcy nastawieni są niechętnie.